Nasze konkursy wspiera:

1 listopada 2020

Wrześniowe urlopowanie

Urlop we wrześniu, kiedy nad wodą nie ma już tłumów plażowiczów, wędkarzy czy turystów okazuje się być strzałem w dziesiątkę! Wakacje jak co roku spędziłem z rodziną, a na wędkarskie zachcianki czas przyszedł, gdy ryby przestały już czuć wakacyjną presję. Wrzesień nad wodą potrafi być piękny! To już teraz bowiem można zaobserwować zmieniającą się przyrodę, która malutkimi kroczkami przygotowuje się do zimy! Rośliny, zwierzęta i ryby! To ostatnie ciekawi nas chyba najbardziej... Jesień, a szczególnie ta późna, która dopiero niedługo nadejdzie potrafi być niezapomnianą i najbardziej emocjonującą porą roku dla każdego karpiarza.

Trzy noce, ponad 70 godzin łowienia... Przygotowane wcześniej łowisko, sondowane i nęcone... Czego chcieć więcej? A może tego aby woda nie spadała tak szybko w dół? Pod koniec tego tekstu zobaczycie ile potrafi ubyć wody w ciągu trzech dni. Swój tegoroczny, wrześniowy urlop postanowiłem spędzić nad zalewem PZW. Woda podobno trudna, ryby podobno jest mało, a większość nawet powie że nie ma jej w ogóle... Takie łowienie jest najlepsze! Podstawą takich łowów jest dobór odpowiedniego miejsca, bo samego tego czy będą tam ryby nie zaplanujemy. Te mogą znajdować się w naszym obszarze lub w całkowicie innej części zbiornika. Ważne jednak jest to aby wykorzystać okazję, gdy znajdują się w pobliżu!

/Zdjęcia słabszej jakości z powodu uszkodzenia aparatu fotograficznego nad wodą… Proszę za to nie krzyczeć na mnie!! :D /

 

Z racji, że był to wyjazd nad wodę PZW to nie pochwalę się miejscem jakie odwiedziłem, ani tym na jakiej głębokości łowiłem. Mogę jednak powiedzieć, że nęciłem punktowo. Punktowo, ale nie za mało. W ruch poszły ziarna kukurydzy oraz spora ilość kulek i pelletu. Za ich pomocą chciałem udobruchać dzikie, ostrożne ryby. Pierwszego dnia wydawało się, że noc będzie bardzo zimna. Nad wodą zjawiam się w spodniach, ubrałem również bluzkę z długim rękawem. W zanadrzu czekał polar, a nawet czapka!

 

Po rozłożeniu namiotu przyszedł czas na jego szybkie umeblowanie, a następnie należało zabrać się za przygotowanie wędek. Jak powszechnie wiadomo, czas nad wodą mija szybko, zdecydowanie za szybko... Już podczas przygotowywania drugiej wędki zaczęło się ściemniać... Drugi z kijów wywiozłem w półmroku, na szczęście łódka nie musiała zbyt daleko płynąć. Taktyka nęcenia została już opisana.

Zestawy, zestawy... Pierwszy składał się z kulki 16mm podwieszonej "dwunastką". Drugi, chyba bardzo niestandardowy jeśli chodzi o łowienie dużych ryb, składał się z ziarna kukurydzy i dwóch, 8-mm pływających kulek o zapachu czekolady z pomarańczą. Zamiast ołowianych ciężarków stosowałem naturalne zamienniki - kamienie.

 

Już po pewnym, stosunkowo niedługim czasie sygnalizatory dawały znać, że ich baterie są sprawne. W pewnym sensie przygotowane stanowisko zaczęło przynosić pierwsze efekty, bo drobnica pojawiła się, zaczęła skubać przynęty. Co jakiś czas sygnalizator wydawał dźwięk, raz krótszy, raz dłuższy. Niektóre z brań ryb, były nawet na tyle agresywne, że sygnalizator podnosił się do samiuteńkiej góry, ale równie szybko spadał na dół. Typowego odjazdu nie doświadczyłem przez całą noc.

 

Rano obudziłem się w granicach godziny 7. W przeciwieństwie do dnia poprzedniego słońce dawało się we znaki. Do tego zerowe podmuchy wiatru... Woda gładka jak lód! Przy powierzchni widać było ruchy drobnicy. A u mnie? U mnie, około godziny 8 coś zainteresowało się tym malutkim zestawem przynęt i powoli zaczynało uciekać, wybierając żyłkę. Podniosłem wędkę w górę i czułem walczącą rybę! Ta w pierwszych momentach miała na tyle siły, że przy kilkukrotnym szarpnięciu wybrała odrobinę żyłki. Walka jednak była bardzo spokojna, ryba raczej nie uciekała, walczyła jednak tylko na pozostawionym jej odcinku żyłki. Wędka jednak uginała się pod jej ciężarem, nie była to całkowicie mała ryba. Po czasie udaje się ją dostrzec, jest fajna, szeroka i nawet długa. Dziwnie błyszczy się srebrem. Po upływie kilkudziesięciu sekund próbuje podebrać rybę, ta odpływa. Stać ją było na jeszcze jeden zryw. Druga próba podbierania, ryba już znajduje się blisko powierzchni. Schylam się po leżący na ziemi podbierak. Ten moment był jednak decydujący... Zbyt mocno napinam żyłkę, wyszarpuję rybie haczyk... Ta bardzo mozolnie odpływa. Próbuję jeszcze złapać ją podbierakiem ale efektów tego nie ma... Głupi błąd i fajna ryba z PZW znika gdzieś w cieniach wody... Wydawało mi się, że był to mniejszy pełnołuski, z tym że dziwnie ubarwiony, bo praktycznie srebrny... Przez głowę przeszła mi myśl, że jeśli był to karaś, to takiego karasia mogę już nie zobaczyć do końca życia, był ogromny... Jednak w tej wodzie podobno nie występuje ten gatunek. Ehhh, tak czy siak szkoda ryby, już ją przecież widziałem, już było tak blisko...

 

Wieczorem​ zaczęło się chmurzyć, gdzieś w oddali przeszła burza. U mnie na szczęście delikatnie pokropił tylko deszcz. Padał tak może ze dwie minuty. Po prostu chciał tylko o sobie przypomnieć... Woda w stosunku do dnia poprzedniego spadła o dobre kilka centymetrów - patrząc po długości dzielącej wbity przeze mnie kamień od wody.

 

W końcu przyszedł czas aby położyć się spać, odpocząć, zregenerować siły być może przed holem potwora! Co jakiś czas piszczałki dawały o sobie znać, przez co uniemożliwiały zaśnięcie. Drobnica w łowisku moimi przynętami bawiła się w najlepsze. Co ciekawsze wszystkie "skubnięcia" miały miejsce jedynie na wędce z większymi kulkami. Tuż po północy notuję spokojny odjazd. Szybko wstaję z yorkowskiego łóżka, wsuwam buty i powoli (z racji nierównego, kamienistego brzegu) podchodzę do wędki. Branie nastąpiło na drobne przynęty, a ja podnoszę wędkę ku górze. Jest! Siedzi! Zaczyna się hol, ryba wyciąga żyłkę z kołowrotka ale zbyt dobrze jej to nie wychodzi - co jakiś czas wybiera może kilkanaście centymetrów. Po upływie dwóch, może trzech minut zdobycz wydaje się być zmęczona. Chwilę później pokazuje się w świetle latarki, skąd próbuje uciec w bok. Siły jej jednak na to nie pozwalają. Za pierwszym razem podbieram rybę - zachowując oczywiście spokój, którego wcześniej brakło. Mam pełnołuskiego! Rybę przenoszę do kołyski, gdzie w świetle latarki okazuje się, że jest to ogromny karaś!! 47 cm długości, 3,66 kg wagi po odejściu worka (z workiem ważył 4,89 kg). Ryba piękna, ogromna!! Uczucie niezapomniane, aż ciężko je opisać! Karaś był na tyle niezadowolony z wizyty na brzegu, że spośród dobrych trzydziestu zrobionych zdjęć ani jedno nie nadaje się do umieszczenia w tym miejscu... Muszę jednak jakoś pochwalić się zdobyczą! Po wykonaniu zdjęć zwracam rybie wolność. W głowie pozostaje zdobycz z poranka, która to znajdując się pod wodą wydawała się być większa od owego karasia... Chyba, że to mózg płata mi figle! Wędkę wywożę łódeczką w prawidłowe miejsce i idę spać.


Rano, podczas przeglądania internetu w celu odnalezienia norm medalowych karasia okazuje się, że jego rekord w chwili obecnej wynosi 4,21 kg! Tylko niecałe 60 dkg różnicy! I w tym momencie coś zabolało... A wcześniejsza ryba!? Pozostaje pytanie, czy ryba która uciekła poprzez mój błąd przekroczyłaby granicę 4 kg?

 

Dzień jak zwykle do tej pory przebiegał spokojnie. Przez całą słoneczną porę nastąpiło może kilka pociągnięć zestawów. Przed nastaniem nocny jedynie donęciłem miejsca w których łowiłem. Przynęt na świeże nie zmieniałem, ani też nie zmieniałem miejsca położenia zestawów. Tuż przed 19 na niebie zaczęło robić się jasno, gdzieś w oddali była burza. Powolutku wstawał coraz to mocniejszy wiatr. Według aplikacji wskazującej burze, ta powinna być u mnie chwilę po 21 i potrwać do 22. Na szczęście nawet aplikacje mogą się mylić. Burza mnie ominęła, według apki rozpłynęła się gdzieś po drodze w moim kierunku. Była i znikła... Ciągle jednak wiał wiatr, momentami w jego porywach bałem się o uszkodzenie namiotu...

 

Tuż po północy obudziło mnie mocne uderzenie wiatru w namiot. Uderzenie było na tyle silne, że przez kilka kolejnych nie mogłem zasnąć. Po czasie wiatr przestał wiać, a ja nie pamiętam, czy zasnąłem czy też nie... W każdym bądź razie nastąpił odjazd na który czekałem trzy noce! Podbiegam, podnoszę wędkę i jest! Siedzi! Ryba ucieka, wybiera żyłkę. W pewnym momencie zatrzymuje się, a ja nie mogę jej już podciągnąć. Wpłynęła w jakiś zaczep... Podchodzę na wysokość miejsca w którym to ryba wydawała się pod czymś przepłynąć. Wędką ciągnę raz w lewo, raz w prawo. Po dosłownie kilku minutach prób decyduję się, iż podejdę z wędka jeszcze bardziej w prawo, kilka metrów poza miejsce rzekomego zaczepu. Udało się! Po pociągnięciu ryba wypłynęła i tym razem jak strzała ruszyła w stronę mojego namiotu. Oj siły to ona miała... Kontruję jej ucieczkę, zabieram kolejne metry żyłki. Po pewnej chwili na płyciźnie pokazuje się karp, już niby leży na wodzie bokiem, ale tuż po tym jak zobaczył światło latarki to rusza w stronę otwartej wody! Sił mu już jednak nie wystarcza, mimo że chwilę później drugi raz ucieka od brzegu. Trzecia próba podebrania zakończyła się skutecznie! Mam go!


Waga wskazuje, że waży jedynie 4,93 kg, ale za to frajdy dał ogromną ilość!! Wrócił do wody, a do zdjęć pozował spokojniej niż karaś.





Rankiem doławiam jeszcze niewielką płoć, która spowodowała, że z namiotu wybiegłem ile sił w nogach... Ta po prostu odjechała, zabierała żyłkę z kołowrotka... Niemożliwe? Możliwe! A miała może z 15 cm!


Przed 10:00 zacząłem pakowanie, a około 13 byłem gotowy do wyjazdu. Jeszcze kawałek drogi do domu i można spokojnie wrócić do rzeczywistości...


Aaaa… Jeszcze zapomniałbym. Spoglądnijcie proszę na poniższe zdjęcie – zobaczcie o ile potrafi zmniejszyć się poziom wody w ciągu 70 godzin… Zwykłą butelkę po piwie, którą znalazłem na brzegu widział chyba każdy z Was, więc każdy też wie jaką ona ma długość. Kamień wbity u jej szyjki umieszczony został tam pierwszego dnia zasiadki… Woda spadła praktycznie o dwie długości butelki, weźcie proszę pod uwagę też to, że brzeg nie jest idealnie równy – spada ku wodzie. Obrazuje to ile wody przez te kilka dni zniknęło. Pozostaje pytanie jakby wyglądała ta zasiadka, gdyby ta tak gwałtownie nie spadała w dół??


Kamil Skwara

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza