Nasze konkursy wspiera:

3 listopada 2019

Karpiowanie jesienią nie jest wcale takie złe!

Trzy piękne wrześniowe dni wraz z właścicielem sklepu markomserwis.sklepna5.pl postanowiliśmy spędzić nad wodą. Po krótkich naradach nasz wybór padł na łowisko "U Schabińskiej", które chyba już na stałe zagościło w naszych planach dotyczących zasiadek. Tej wody nie da się nie lubić, ma w sobie to coś, co jest wyjątkowe! Coś co przyciąga! Przygotowani ruszamy więc nad wodę.


Jak to zazwyczaj bywa, na brzegach zbiornika czeka już na mnie kolega, który oczywiście dojechał szybciej. Ja nad wodę trafiam w momencie, gdy już prawie zapadał zmierzch. Korzystając z ostatnich minut "jasności" przygotowuję swój sprzęt oraz stanowisko. Zdecydowałem się na "grubsze" łowienie: pierwsza wędka wyposażona została w bardzo, bardzo słodkiego bałwanka, na którego składał się 16-mm popek i 18-mm kulka. Jak wspomniałem wcześniej ten zestaw został stworzony na słodko. Drugi z włosów był przygotowany dla smakoszy morskich specjałów. Popkiem była tutaj kulka o zapachu tuńczyka, natomiast tuż pod nią znajdowała się kula o zapachu kałamarnicy. Nęciłem mieszanką składającą się z pelletu w wielkości od 4-16mm oraz całymi i pokruszonymi kulkami. Zanęta miała bardzo urozmaiconą mieszankę zapachową - od halibuta po truskawkę i piernik. W tym czasie również kolega przygotował swoje zestawy. Gdy już przynęty znalazły się w wodzie przyszedł czas na upragniony odpoczynek.


Pierwsze branie następuje około godziny 24. Na jednej z wędek kolegi następuje całkiem fajny odjazd! Kolega podnosi kij do góry i już od tej pory cieszy się kontaktem z rybą! Ta dzielnie walczy w okolicy dna, próbując znaleźć schronienie w roślinności porastającej dno, a dodatkowo zbierając też rośliny, które utrudniają hol (obwijają się wokół przyponu i złączek). Okazuje się jednak, że ryba nie ma aż tak dużo sił jak zapowiadało się na początku. Waleczności nie można jej jednak odmówić, ale mocny, dobrze wyregulowany sprzęt robi swoje! Po krótkiej chwili w świetle latarki pokazuje się cień zdobyczy. Coś jednak jest nie tak... Przemknęła w świetle latarki, ale swą budową nie przypominała karpia! Jesiotr? Nieeeee, to był sum, który już przy kolejnym kontakcie z powierzchnią wody pozwolił na podebranie się. Rybka ważyła niecałe 6 kg i mierzyła 94 cm! Piękna niespodzianka jak na początek zasiadki!


W późnych godzinach nocnych przyszła także szansa dla mnie! Z centralki Yorka rozlegał się dźwięk, ten przyjemny, piszczący! Paliła się czerwona dioda, czyli to znak, że branie nastąpiło na środkową wędkę! Zaspany wybiegam z namiotu, podchodzę do wędek i podnoszę w górę tę właściwą. Od tego momentu rozpoczęło się to co najlepsze! Hol! Rybka trzyma się dna, a tuż po zacięciu wydawało się, że ukryła się na drobną chwilkę w podwodnych roślinach. Hol na ogół przebiega spokojnie, nie wyczuwam charakterystycznych dla mniejszych karpi gwałtownych ruchów. Ryba jest raczej opanowana, ale za to ciężka! Do brzegu hol przebiega bezproblemowo - rybka może kilka razy odjechała gdzieś w bok. Będąc już kilka, może kilkanaście metrów od brzegu rozpoczyna szaleć... Zaczynają się dłuższe odjazdy, ryba ma jeszcze dużo siły na zabieranie żyłki. Po kilku takich próbach udaje mi się ją dociągnąć do brzegu, gdzie w około półmetrowej wodzie pokazuje swoje oblicze. Niestety stało się coś czego nie przewidziałem... Przy próbie ucieczki w prawo, ryba zahacza ciężarkiem o denną roślinę przez co bezzadziorowy hak wypada jej z pyszczka niemal na naszych oczach... Mariusz, który czekał z podbierakiem przy lustrze wody mówił, że karp ważył na pewno ponad 10 kg... No szkoda...


Pozostała część nocny mija spokojnie. Rano, gdy budzimy się nad wodą utrzymuje się nadal gęsta mgła. Czekamy jeszcze godzinkę na to, aby zmienić przynęty na naszych zestawach i spokojnie wypłynąć łódką. Po nocnej spince karpia zmieniam też swoje zestawy - delikatnie je ulepszając. Dzień mija nam w świetnej atmosferze. Szkoda tylko, że wieczorem Mariusz musiał już wracać do domu...


Po całodniowym oczekiwaniu, wieczorem w końcu coś zaczyna się dziać. Mam delikatny i bardzo powolny odjazd na jednej z wędek. Przy podniesieniu wędki wyczuwam opór! Może nie jest zbyt ciężkie, ale swoje waży. Rybka jednak nie sprawia problemów, pozwala się spokojnie przyciągnąć do brzegu, gdzie okazuje się być nią... Całkiem ładny leszcz! Ryba waży 2,05 kg! Całkiem fajna, ale to nie na nią czekałem!

Mniej więcej do godziny 22 doławiam jeszcze trzy leszcze, z których najmniejszy waży 1,3 kg... Biorą jak wściekłe, na naprawdę grube przynęty! Decyduję się więc na podnęcanie jedynie kilkoma grubymi kulami.


Taka taktyka około godziny 24 daje mi kontakt z upragnioną zdobyczą! W końcu mam to na co czekałem! Z namiotu wyciąga mnie szybki i gwałtowny odjazd! Po chwili wędka jest już w górze, a rybka od samego początku nie zatrzymuje się, lecz wybiera żyłkę z kołowrotka. To jest to na co czekałem! Oj były nerwy, oj były. Ręce aż się trzęsły, nie chciałem stracić tej ryby... Cały sierpień nie miałem możliwości, aby zobaczyć jak wygląda pyszczek karpia - teraz mam taką możliwość. Po czasie ryba zatrzymuje się, a ja zaczynam kontratak, zabierając jej kolejne metry żyłki. W tym samym czasie ryba swoją masą próbuje przeszkodzić w zrealizowaniu mojego planu, jakim jest jej szczęśliwe przyciągnięcie do brzegu. Nie udaje jej się to. Po kilku minutach ryba jest już przy brzegu. Tutaj mijają kolejne sekundy, ponieważ karp nadal nie daje oznak zmęczenia! Walczy jak oszalały. Ucieka na boki, jakby wiedział, że w wodzie czekają przeszkody - i wie o tym bardzo dobrze. Rybę na szczęście zatrzymuję i już po czasie znajduje się w podbieraku! Jest moja!
W kołysce Sakany odpowiednio zajmuję się moją zdobyczą, ważę ją. Waga wskazuje 10,5 kg! Piękny karpik! Pakuję go do worka karpiowego od firmy York, w którym rybka bezpiecznie poczeka do rana. Gęsta mgła uniemożliwiała zrobienie fajnego zdjęcia...


Jeszcze tej samej nocy los dał mi kolejna szanse na spotkanie się z rybą, której poświęcam swoje zasiadki. Branie nastąpiło na kijek Devil 2 Carp, który już wcześniej miał kontakt z rybą. Poprzedni hol zakończył się sukcesem, oby tak było i w tym przypadku! Na żyłce wyczuwałem jak ryba przeciera ją o podwodne zarośla - pewnie szukała schronienia. Nie wykonywała gwałtownych ruchów, nie uciekała w zniewalająco szybkim tempie, a do tego było czuć że jest gruba! Przez kilka minut cała akcja rozgrywała się na otwartej wodzie, gdzie ryba uciekała na boki, czasami wybierając po kilka metrów żyłki znajdującej się na szpuli kołowrotka. Po przyciągnięciu do brzegu karpia było stać na tylko jeden odjazd w bok, wzdłuż brzegu, gdzie sam pewnie wiedział że może szukać swojej szansy, szansy na ucieczkę. Kolejne przyciągnięcie ryby blisko moich nóg kończy się podebraniem! Od tego momentu cieszę się kolejną rybą złowioną na łowisku "U Schabińskiej"! Karp w worku poczeka do rana na krótką sesję zdjęciową. Ważył 10,60 kg.


Tak wyglądają ryby, które udało mi się złowić w nocy:

Karpiki oczywiście wróciły do wody:

(przepraszam za odwrócony obraz ;p )

Do końca zasiadki nie udało się wywołać kolejnych brań. Około 10 zapakowałem sprzęt do auta i udałem się w stronę domu z kolejną dawką niezapomnianych przygód!




Kamil Skwara

26 października 2019

Pstrągi, pstrągi i po pstrągach


Tegoroczny sezon pstrągowy minął jak dla mnie bardzo szybko. Udało mi się zaliczyć "aż" trzy wyjścia w pogoni za tą piękną, szlachetną rybą. Czasu było jak na lekarstwo... Jednak tego ostatniego dnie sezonu, w którym to można "zapolować" na te piękne, kropkowane ryby po prostu nie mogłem odpuścić!


Dosłownie ostatniego dnia, w którym można uganiać się za pstrągami zabrałem ze sobą malutki plecaczek, ubrałem spodniobuty Yorka, w rękę wziąłem delikatną, okoniową wklejankę o ciężarze wyrzutu do 12 gram, a o nos oparłem ciemne, polaryzacyjne okulary. Nie obyło się też bez "psikacza" odganiającego komary, których to jest w tym roku ogrom! Jeśli ktoś z was aktywnie bierze udział w takich pstrągowych "spacerkach" ten wie, jak bardzo uciążliwe potrafią być te owady... Rozpraszają podczas rzutu, podczas holu... Na szczęście jeśli "wykąpiemy" się w spreyu dobrej jakości to owady trzymają się w odpowiedniej odległości od nas.

Woda w rzece była bardzo niska. Jej stan był wręcz katastrofalny... Do tego jej temperatura... Mimo chłodnych już nocy woda była ciepła, zbyt ciepła jak na górski potok. Już po oddaniu kilkunastu rzutów, w pierwszym z "lepszych" miejsc jakie odwiedziłem za moim woblerkiem zaczął uganiać się pstrąg. Prędkość ryby, która płynęła za woblerem była tak "ogromna", że dogoniłaby go chyba dopiero gdy zaprzestałbym zwijać żyłkę...! Mogłem jednak domyślić się, że tak będzie - sama woda w rzece o tym mówi. Owe miejsce, poza tym jednym wyjściem biednego pstrążka nie zaowocowało niczym wartym naszej uwagi. Idę więc dalej, przemierzając kolejne dziesiątki metrów rzeki. Po jakiś 300 metrach trafiam na miejsce warte uwagi. Skarpa z głębokim dołkiem, gdzie wlewa się dobrze natleniona woda wartkiego w tym miejscu nurtu. "Dziura" w dnie była konkretna! Miała śmiało około 2 metrów głębokości. Rzuty w tym miejscu dają mi kontakt z pstrągiem, którego nie udaje mi się nawet zauważyć na oczy. Trącił on przynętę jedynie jeden raz - już później nie dawał znaków życia. Tak jakby nagle znikła... Idąc dalej trafiam na miejsce, gdzie podczas czerwcowego wyjścia udało mi się namierzyć całkiem dużego pstrąga. Rzuty w tym miejscu przynoszą mi jedynie kontakt z podwodnymi gałęziami przez co musiałem wchodzić do wody, aby odczepić przynętę i tym samym "spaliłem" to miejsce... O rybie tutaj mogłem już zapomnieć. Na szczęście kawałek dalej w okolicy głębokiego dołku dostrzegam aktywne ryby. Z dużej odległości - tak aby nie wypłoszyć pstrągów - wykonuję rzut. Pierwszy rzut trafia na płytką wodę, a ja po kilku obrotach korbką czuję uderzenie ryby. Udaje się ją zaciąć i w tym właśnie momencie na mojej twarzy zagościł uśmiech. Podczas holu nie obyło się bez nerwów, przecież miałem szansę na wyciągnięcie z wody i sfotografowanie ryby! Do tego pstrąg wydaje się nie być takim małym. Po kilkunastu sekundach pod nogi udaje mi się przyciągnąć rybę, która wydaje się mieć około 25 cm długości. Zaatakowała ona 3-cm woblerek głęboko i agresywnie pracujący.

Po czasie trafiam na miejsce, gdzie udaje mi się złowić dosłownie trzy klenie (długości do 25 cm, takie niewielkie) w trzech oddanych po sobie rzutach! Coś niesamowitego! Wystarczyło znacznie oddalić się od miejsca, w którym podejrzewałem, że przebywają ryby, a te stawały się praktycznie nieostrożne, gdy nie wyczuwały zagrożenia!

Kolejne warte uwagi miejsce to głęboki dołek, do którego woda wpadała dzięki wartkiemu nurtowi znajdującemu się delikatnie wyżej. Po kilku rzutach 3,5-cm woblerem udaje mi się sprowokować do ataku rybę. Rybę, która atakuje mój wabik przy dwóch lub trzech kolejnych rzutach, ale mimo to nie udało się go zaciąć... Rybka wygrała, opuszczam to miejsce.

Po przejściu kolejnych metrów rzeki naszedłem na miejsce, gdzie najpierw zauważam, a później zacinam dużego pstrąga! Hol był zbyt spokojny, ryba praktycznie nie miała siły walczyć... Odjechała w głąb rzeki raz, może dwa. Tuż po tym dała się podciągnąć pod moje nogi. Przed podebraniem jej ręką spokojnie okręciła się kilka razy wokół własnej osi. Chwilę po tym była już moja! 37 cm szczęścia! Pstrąg po kilku zdjęciach wraca do wody!


Na koniec z tego samego miejsca udaje się jeszcze zaciąć takiego oto małego dzikuska...



Pod koniec wyprawy postanowiłem jeszcze odwiedzić około 300-metrowy odcinek rzeki, gdzie zawsze działo się... oj dużo się działo! Tym razem z tego odcinak udaje mi się wyciągnąć pstrąga mierzącego +/-25 cm i trzy ładne klenie, największy długości 36 cm - dla mnie to ładna ryba, biorąc pod uwagę to, że łowię na rzece o szerokości może 4-5 metrów...




Przez cały dzień złowiłem w sumie 11 ryb, z czego 5 to klenie, a pozostałe zdobycze to pstrągi! Zakończenie sezonu jak zwykle było bardzo, bardzo udane!




Kamil Skwara

6 października 2019

Wojownik niezastąpiony - Sea Fighter 9000


Chyba już większość z nas zauważyła, że coraz częściej spotykanym wyposażeniem karpiarza nie jest kołowrotek stricte karpiowy, lecz ten przeznaczony do połowu w morzu! Morski kręciołek nadaje się również do połowu sumów. Dzięki wzmacnianej konstrukcji jego mechanika wytrzymuje zdecydowanie większe obciążenia. Dodatkowo jest on odporny na piasek i słoną wodę - powinno to być dla nas plusem, ponieważ nie musimy martwić się o to, że podczas holu zawiedzie nas jego mechanizm przez to, że do wnętrza dostała się woda lub jakieś zabrudzenia. Mimo braku wolnego biegu (jak ma się to przy większości kołowrotków morskich) idealnie nadaje się do słodkowodnego połowu karpi i sumów!


Opis kołowrotka zacznijmy od chyba najważniejszej kwestii, na którą większość z nas zwraca szczególną uwagę... Łożyska - to one odpowiadają w zachowaniu odpowiedniej, a w szczególności płynnej pracy naszego kołowrotka. Model Sea Fighter został wyposażony w 9 łożysk, które przy odpowiednim konserwowaniu powinny posłużyć nam przez wiele sezonów. Kołowrotek o którym mowa w tym artykule używam już drugi sezon. Jak widać z relacji z moich zasiadek łowię niemal w każdy warunkach, więc łożyska często poddane są na wiele niesprzyjających czynników. Ich konserwacja minimum raz w roku (oczywiście w zależności od częstotliwości pobytu nad wodą) powinna być dla nas podstawą. Jak na razie mogę śmiało powiedzieć, że kręciołek nie sprawia żadnych problemów. Znakomicie zachowuje się podczas holu mniejszych i większych karpi - mechanizm nie zacina się w momencie walki ryby. Póki co działa płynnie, nie wydaje zbędnych dźwięków (np. chrupotu).


21 sierpnia 2019

Pstrągowy czerwiec

W połowie czerwca poświęciłem kilka godzin na pstrągowy wypad. Woda była już nagrzana przez ciągle świecące słońce. W dodatku temperatura powietrza przez dłuższy czas nie zamierzała spaść poniżej 30 stopni. Można więc powiedzieć, że woda w górskim potoczku wręcz nawet gotowała się - niestety nie od ryb... Postanowiłem, że pójdę w górę rzeki i będę obławiał jedynie głębsze miejscówki.

Pierwsze wyjście ryby notuję dopiero po przejściu około kilometra. Atak pstrąga był nieudany - przynętę, jaką był wobler chciał zaatakować dopiero przy moich nogach. Wykonuję kolejny rzut i prowadzę wabik zdecydowanie wolniej. Ryba tym razem atakuje. Nastąpiło to jakieś 5 metrów ode mnie. Rybę zacinam. Podczas holu nie dzieje się nic nadzwyczajnego... Podciągam rybę bliżej siebie, a ta podczas podwodnego salta spada z haka. Pstrąg był niewielki - miał może z 20 cm długości.

Kolejne miejsce, w jakim udaje mi się skusić do brania rybę to fragment wody gdzie przez minione dwa lata nie dała się zauważyć żadna ryba. Kolejny raz wolno prowadzonego w okolicy dna woblerka atakuje pstrąg! Walka trwa, ryba nie jest zbyt duża ale stara się utrudnić moje życie jak tylko może! Kilka razy odpływa na boki, raz wyskakuje z wody, robi kilka podwodnych salt, aż w końcu pokazuje pierwsze oznaki zmęczenia. Decyduję się wtedy podebrać pstrąga. Udaje się to za pierwszym razem. Wykonuję mojej zdobyczy kilka zdjęć i zwracam jej wolność!

4 sierpnia 2019

Kołyska Pro od Sakany


Idąc do przodu wraz z postępkiem cywilizacji, również w wędkarstwie karpiowym nastąpiły wielkie zmiany w stosunku do lat poprzednich. Dla wielu z nas bezpieczeństwo ryby znajdującej się na brzegu jest dla nas jedną z ważniejszych spraw. Zależy nam bowiem na tym, aby ryba w pełni sił wróciła do wody i aby prowadziła swój żywot tak, jak miało to miejsce przed jej złowieniem. Bezpieczeństwo rybie zapewnia wiele akcesoriów, które coraz częściej spotykane są nad wodą, jako wyposażenie karpiarza. Można wręcz nawet powiedzieć, że dla większości stało się to nawet obowiązkiem! Dodatkowo coraz więcej łowisk w naszym kraju wymaga od karpiarzy posiadania specjalistycznego sprzętu, którego zadaniem jest głównie zapewnienie zdrowia rybie… Jednym z elementów zapewniających bezpieczeństwo naszych zdobyczy jest kołyska karpiowa. Dzisiaj chciałbym przybliżyć Wam model kołyski Pro od Sakany.

Kołyska karpiowa wygryzła z wyposażenia karpiarza standardową matę do odhaczania ryb głównie poprzez to, że ryba znajdująca się w tej pierwszej nie ma kontaktu z ziemią. Podczas nasza zdobycz nie potrafi być cierpliwa i wywija najróżniejsze salta, piruety i inne tym podobne mamy pewność, że gdy ta upadnie do kołyski to nie zrobi sobie krzywdy. Zupełnie inaczej sytuacja wygląda, gdy ryba upada na zwykłą matę leżącą na ziemi, gdy zdobycz jest narażona na twarde lądowanie. Istotną cechą dobrej kołyski powinna być jej stabilna i mocna konstrukcja. Model Pro od Sakany wykonany został z mocnego stelażu, który powinien bez problemu utrzymać nawet bardzo ciężką, szalejącą rybę. Podczas „wariactw”, jakie często potrafią nam zafundować karpie i amury konstrukcja kołyski Sakany nie skrzypi, ani nie ugina się. Pozwala nam to ocenić ją dość wysoko. Stelaż wykonany został z mocnego, nierdzewnego metalu. Dzięki wykorzystaniu sześciu stopek kołyska jest stabilna i znakomicie amortyzuje szaleństwa znajdujących się w niej ryb – nie chwieje się na boki, nóżki nie „rozjeżdżają się”.

30 lipca 2019

Karpiowe podróże...

Początkiem miesiąca wspólnie z siostrą wybrałem się na nieznane mi do tej pory łowisko, o którym nie mogę wspomnieć, ponieważ właściciel nie wyraził na to zgody. Droga na łowisko trwała dość długo, ale w końcu udało się dojechać na upragnione miejsce. Zarezerwowane przez nas stanowisko już czekało na pierwszą wywózkę zestawów. Właściciel przed wjazdem na łowisku poinformował mnie o specyfice tego stanowiska. Po dojechaniu na nie rozpoczęliśmy rozpakowywanie sprzętu, a później sondowanie wody.