Nasze konkursy wspiera:

5 sierpnia 2018

19-21.06 - Besko

Końcem czerwca nastąpił jeden z dwóch planowanych na ten rok wyjazdów na łowisko w Besku. W poprzednim roku dane mi było przeżyć kilka spotkań z pięknymi, walecznymi i ogromnymi amurami z tej wody. Napędzony tym faktem postanowiłem poświęcić dwie zasiadki na sprawdzenie tej wody również w tym roku – w cieplejszych miesiącach. Pierwsza wyprawa nad Besko przypadła, więc na dni 19-21 czerwca.

Wraz z dziewczyną nad wodą jesteśmy w godzinach wieczornych. Sprzęt rozkładamy w niedalekiej odległości od parkingu. Będziemy łowić na trzy wędki, a miejsca położenia zestawów zostały zaplanowane już w domu. Pierwszy zestaw przyozdobiły zielone ziarenka kukurydzy. Całość poszybowała około 40 metrów od brzegu. Na włos drugiego z zestawów założyłem kulkę o zapachu makreli, które wykonuję od pewnego czasu samodzielnie. Ten poleciał już zdecydowanie dalej, a umieściłem go na otwartej wodzie na odległości, z której zazwyczaj udawało mi się sprowokować jakąś rybę. Trzeci zestaw zakończony był „kulą” od Nano Baits, a jej zapach to pomarańcza. Tę wędkę zarzucała dziewczyna i umieściliśmy ją w niedalekiej odległości od brzegu, który mieliśmy po naszej prawej stronie. Zestaw składał się tutaj z koszyczka do metody, który został wypełniony owocowym pelletem. Okolicę zestawu dodatkowo zanęciliśmy kilkoma łyżkami kukurydzy. Pozostałe dwa zestawy zanęcone zostały przy pomocy materiałów rozpuszczalnych oraz dzięki procy. Wędki w wodzie, pozostało rozłożyć obóz…


Pierwsze branie następuje tuż przed godziną 21. Ryba wzięła na wędkę zarzuconą pod samym brzegiem. Właściciel miał rację, ryby dobrze żerują w tym miejscu! Zacinam odjazd, a wędkę przekazuję dziewczynie. Ryba nie odpuszcza, walka trwa. Emocje nie opadają, bowiem jest szansa na pierwszą rybę zasiadki już po niecałych dwóch godzinach od zarzucenia zestawów. Nasza zdobycz jednak nie daje za wygraną. Co jakiś czas wyciąga odrobinkę żyłki z mocnego morskiego kołowrotka noszącego nazwę York Sea Fighter. Ryba po czasie opada z sił – mocny zestaw dał radę! Po kilkuminutowym holu podbieramy pierwszą rybę zasiadki. Okazuje się, że jest nią karp ważący 8,21 kg. Rybka po krótkiej sesji wraca do wody. Zasiadka zaczyna się znakomicie!


30 minut później następuje o wiele wolniejszy i spokojniejszy odjazd. Po „pustym” zacięciu okazało się, że sprawcą całego tego zamieszania był około 25-cm karaś. Rybka połakomiła się na kukurydzianą kulkę domowej produkcji. Zestaw w mgnieniu oka zarzucamy w miejsce, w którym ten ma się znajdować i czekamy na kolejne branie, tym razem mamy nadzieję, że większej ryby!

Tak jak chcieliśmy – tak mamy! Podczas zwracania wolności karasiowi następuje branie na środkowej wędce! Konkretny odjazd, wędka w górę i zaczynam hol! Na końcu zestawu nie wyczuwam zbyt dużego oporu. Rybka co jakiś czas pokazuje mi, że jest jeszcze na haku i zabiera krótkie odcinki żyłki. Wszystko toczy się spokojnie. Do czasu! W okolicach brzegu, gdy ryba zapewne zauważyła światła latarki zaczyna się szaleństwo. Zdobycz mknie w stronę kępy trzcin rosnącej niedaleko nas dodatkowo przepływając obok linki zestawu lewej wędki. Delikatnie przykręcam hamulec i staram się zatrzymać rybę. Ta obciera się o żyłkę zestawu leżącego obok, powodując tym samym kilka „piknięć” sygnalizatora. Na całe szczęście nie wplątała się w zestaw. Kilkoma płynnymi podciągnięciami przyciągam ją do brzegu. Pokazuje się pyszczek karpia, który szybko znika pod wodą odjeżdżając trochę do przodu, trochę w prawo. Mija kilkanaście sekund, ryba daje oznakę, że trzeba kontratakować. „Nieruchomy” ciężar przyciągam w okolicę pomostu, gdzie z podbierakiem czeka już moja dziewczyna. Rybę podbieramy za pierwszym razem. Przenosimy całkiem sporego karpia do kołyski. Pomiary wskazują, że ryba dopracowała się 10,51 kg wagi. Po standardowej sesji nasz „mały” bohater wraca do domu!


Godzinkę później do wybiegnięcia w kierunku wędek zmusza nas kolejne branie, które nastąpiło z okolic prawego brzegu. Zestaw leży w niewielkiej odległości od lądu, a mimo to w nocy ryby nie boją się tam żerować. Jest to znak, żeby nie bać się łowić praktycznie „pod nogami” – z tym, że w tym przypadku pod brzegiem prostopadłym do tego, na którym obozujemy. Zacinamy rybkę, ale na kiju znów czuć luz… A nie! Jednak coś się rusza! Po kilku sekundach w świetle latarki ukazuje nam się pewien gość, który nie był ani karpiem, ani amurem. Za to był karasiem! Karasiem, który szybko wrócił do wody i odpłynął w swoją stronę.


Zestaw kolejny raz leci w to samo miejsce, a my dzielnie czekamy na kolejne branie. Pogoda do tej pory dopisuje, co zdarza mi się niezmiernie rzadko – zawsze jak jestem nad wodą to pada, przechodzi burza lub wieje wiatr. Tym razem jest spokojnie – dziwne… Noc pozostaje również spokojna, ryby chyba poszły spać, więc i my „pakujemy” się w śpiwory…

Ranek wita nas słoneczną pogodą. Zrobiło się naprawdę ciepło. Postanawiamy przygotować sobie śniadanie, które nad wodą smakuje jak nigdy dotąd. Do tego celu używamy opiekacza od Yorka, który potrafi przygotować nad wodą pyszny, przypieczony chlebek. Zacząć dzień od takiego śniadania – rewelacja! Po tym jak już sami napełniliśmy nasze żołądki przyszedł czas na „zaserwowanie” rybom kolejnej porcji smakołyków – czyli na zmianę przynęt na świeże i donęcenie miejscówek.


Dzień mija potwornie szybko i w mgnieniu oka nastaje wieczór. W ciągu dnia mi oraz mojej dziewczynie udaje się wykonać kilka fajnych zdjęć.

Tuż po godzinie 19 jeden z sygnalizatorów postanowił przypomnieć o swoim istnieniu. Z centralki Yorka dobiega pisk. Bieg do wędek, zacięcie i siedzi! Wędkę przekazuję dziewczynie, a ta rozpoczyna walkę z rybą, która wydaje się być nieduża (lekka). Jednak sam fakt tego jak ta walczy pozostawia nam złudzenia, że może będzie to największa ryba zasiadki. Zdobycz nie zamierza odpuścić ani na chwilkę, cały czas uciekając od naszego brzegu. Po każdym zwinięciu pewnego odcinka linki na kołowrotek ta zabiera go z powrotem. Siły nie można jej odmówić, stara się. Na szczęście dziewczyna również nie odpuszcza. Po pewnej chwili ryba znajduje się w okolicach brzegu, lecz wciąż przy dnie. Musiała jeszcze pokazać co potrafi, a tuż po tym zmęczona, dumnie wykłada się pod powierzchnią. W mgnieniu oka do podbieraka „pakuję” kolejnego, pięknego pełnołuskiego, który jak się później okazało ważył 7,8 kg.

Sygnalizator przy wędce zarzuconej pod brzegiem wraz z nadejściem zmroku co chwilkę dawał o sobie znać. Sprawcami tego były karasie, które oczywiście wieszały się na hakach. W skutecznym ich „przegonieniu” pomogła zmiana zestawu, przynęty oraz sposobu nęcenia – w skrócie: zmieniłem wszystko w taki sposób, aby zniechęcić (lub przynajmniej uniemożliwić) te zgłodniałe ryby do pobierania tutaj pokarmu. Zabieg ten przyniósł skutek tuż przed północą, kiedy to następuje odjazd! Z namiotu wybiegam jakby się paliło! Dobiegam do wędek i podnoszę w górę, tę na którą nastąpiło branie. Kilka sekund później przy mnie znajduje się dziewczyna, której przyszło dokończyć hol. Ryba za wszelką cenę stara się pokazać, że jest na haku, a sama walka z nią nie będzie łatwa. Kombinuje, próbując wpłynąć pod zwisające do wody gałęzie, wpłynąć pod pomost… Praktycznie nie rozstaje się z okolicami dna, gdzie być może też szukała jakiejś podwodnej zawady. Walka trwa niecałe 5 minut, ale przez ten czas zdobycz pokazała, że nie liczy się rozmiar, lecz sama chęć walki. Podbieram rybę, przenoszę do kołyski Sakany i rozpoczynamy ważenie. Karp okazał się być mniejszy od poprzedniego, ważył 6,40 kg ale za to starał się nadrobić to długością! Po wykonaniu kilku zdjęć zwracamy rybie wolność, a ta odpływa!


Kilkanaście minut później zestaw położony w pobliżu brzegu zwrócił zainteresowanie kolejnej ryby. Zacięcie niestety jest puste – być może był to karaś. Na szczęście już chwilę później, a dokładnie o godzinie 1:30 następuje odjazd, na tyle mocny, że ryba na delikatnie podniesionej do góry wędce ucieka nadal przed siebie, mimo przykręconego hamulca. Dziewczyna rozpoczyna hol. Ryba po wyciągnięciu sporego odcinka żyłki zatrzymuje się. Rozpoczyna się „pompowanie”. Zabieramy rybie coraz to więcej linki, a ta jest już blisko brzegu. Tutaj standardowo zaczyna szaleć – chyba nie lubi światła dobiegającego z latarki! Po krótkiej chwili postanowiła przyzwyczaić się do oświetlonego fragmentu wody. Zostaje podebrana. Tym razem udało nam się zważyć rybę o masie 7,44 kg. Dzielny karp po krótkiej sesji zdjęciowej dumnie odpływa do domu!


Rankiem wychodzę z namiotu, rozglądam się dookoła… Pięknie świeci słońce, rosa zmoczyła wszystko dookoła – począwszy od trawy, aż po namiot i wędki… Wędki… Jedna z nich ma wypięty sygnalizator. Podbiegam i widzę luźną żyłkę. Masz Ci los! W nocy nastąpiło krótkie branie, dosłownie dwa piknięcia… Musiało być na tyle mocne, że sygnalizator wyskoczył z żyłki, a ryba na luźnej lince nie dała się wyczuć sygnalizatorowi. Podnoszę wędkę w górę. Zaczep… Proszę dziewczynę o pomoc i w mig jesteśmy na łódce, która jest na wyposażeniu stawu. Podpływamy i wyczepiamy zestaw z jednego zaczepu, za chwilkę z drugiego, trzeciego… Wyplątuję żyłkę z korzeni trzcin… Mija tak sporo czasu. Po chwili okazuje się, że ryba oplątała się również o jeden z pomostów. Wydaje mi się, że jest nadal na haku, co jakiś czas czuję pociągnięcie linki. Niestety jednak odcinek, który był splątany o pomost został już na tyle przetarty, że przy delikatnym naprężeniu żyłki ta pęka… Tym razem można śmiało powiedzieć, że ryba wygrała z techniką!


Dzień mija cicho i spokojnie. Wieczorem rozpoczynamy pakowanie obozu. Podczas przemywania pojemników na przynęty następuje branie na wędkę dziewczyny. Zacinamy! Dziewczyna otrzymała ode mnie w prezencie różową karpiówkę – tak żeby milej zapamiętała czas nad wodą i mogła złowić rybę na swoją i tylko swoją wędkę. Hol trwa może z minutę, po czym niestety daje się wyczuć luz na żyłce. Ryba niestety zgubiła haczyk… Różowa wędka będzie musiała poczekać do kolejnej zasiadki, kiedy to mam nadzieję złowi pierwszego, ale ogromnego karpia!

Podczas poprzedniej zasiadki na dzikiej wodzie oraz obecnie opisywanej szkoliłem dziewczynę w rzutach oraz w odpowiednim podbieraniu i holowaniu ryby. Muszę przyznać, że naprawdę dobrze jej to idzie. Myślę, że z zasiadki na zasiadkę będzie coraz to lepiej! Kilka rybek podczas tego wyjazdu zostało złowionych na kulki firmy Nano Baits. Kolejny raz swoją skuteczność potwierdził Focus Gel o zapachu kukurydzy.



Kamil Skwara

15 lipca 2018

Pierwszy +10 w 2018!

Łowisko "U Schabińskiej" w Krzemiennej nad Sanem było areną organizowanych przez nas w kwietniu zawodów karpiowych. Ja sam łowiłem tam tylko raz... W końcu przyszedł czas na drugą zasiadkę na tej pięknej i tajemniczej wodzie! Postanowiłem spędzić tam dobę, która miałem nadzieję, że przyniesie jakąś większą rybę.

Tuż po obiedzie ruszyłem w drogę. Na łowisko mam około 45 km, więc czas dojazdu nie był specjalnie długi. Po dojechaniu na miejsce wita mnie mocniejszy wiatr. Fale na zbiorniku zmierzają w stronę małej zatoczki, w której zamierzałem łowić. Dodatkowo według opiekuna będzie to teraz jedno z lepszych miejsc. Decyzja zapadła! Podjeżdżam autem na stanowisko i parkuję w sporej odległości od brzegu, tak żeby nie robić zbędnego hałasu. Wypakowuję auto i rozkładam namiot. Plan na łowienie został opracowany już w domu. Za radą Kuby - opiekuna łowiska - nieco zmieniam tylko obszary, w których położę zestawy. Za pomocą echosondy Deeper co do centymetra namierzam miejscówki, w których nie znajduje się zbyt dużo roślinności. Szybko lokalizuję interesujące mnie miejsca. Co założyłem na włosy zestawów? Kukurydza, domowa kulka o zapachu makreli i domowej roboty kukurydziana kula - trzy zestawy zakończone takimi właśnie przynętami miały skusić ryby do brania! Nęcę z brzegu za pomocą łyżki zanętowej, materiałów rozpuszczalnych oraz procy. Po tym jak zestawy znalazły się w wodzie zabrałem się za przygotowanie stanowiska na tę zasiadkę.

4 lipca 2018

Odkrywamy tajemnice górskiej wody

Jeden z wolnych czerwcowych dni postanowiłem wykorzystać nad wodą. Pstrągi przez dłuższą chwilę miały ode mnie spokój - z tej właśnie racji zabrałem ze sobą spinningowy zestaw i poszedłem szukać "kropek".


23 czerwca 2018

Próba sił nad PZW

Jak na razie w tym roku karpie chyba mnie unikają. Czym to jest spowodowane - tego nie wiem. Pasuje jednak wziąć się w garść i przełamać tą złą passę. Końcem maja (22-24.05) postanowiłem wybrać się wraz ze swoją dziewczyną nad jedną z dzikich wód na Podkarpaciu. Zasiadka poprzedzona była wcześniejszym nęceniem i szybkim rekonesansem... Miałem nadzieję, że uda mi się złowić drugiego w tym roku karpia, a w dodatku na dzikiej wodzie, co przyniesie mi jeszcze więcej radości...


17 czerwca 2018

Praktyczne osłonki na sygnalizatory

Wiem, że pewnie większość z Was ufa swoim sygnalizatorom, wiele razy pozostawały bowiem na deszczu, a później dalej działały bez zarzutów. Ja też ufam i wierzę w wodoodporność swoich "sygnałków" ale czy koniecznie musimy do maksimum wykorzystywać ich odporność na wodę? Może przecież być tak, że w 99 na 100 przypadków nasze sygnalizatory wytrzymają w deszczu, śniegu i przejdą przez nie bez szwanku, a w tym jednym, najważniejszym zawiodą nas przez to, że woda dostała się do ich wnętrza. Zaufanie do sprzętu to podstawa, ale sami możemy też dodatkowo zadbać o nasz wędkarski ekwipunek - dokładnie o sygnalizatory - w dodatku bardzo niskim kosztem, a "sygnałek" odwdzięczy nam się swoją niezawodnością oraz dłuższym "żywotem". Poniżej chciałbym przedstawić Wam pewien pomysł (być może był już przez Was wykorzystywany), który pomoże dodatkowo zadbać o nasze sygnalizatory.

Praktyczne osłonki na sygnalizatory wykonane zostaną z dolnej części plastikowej butelki. Musimy oczywiście dobrać jej wielkość do rozmiaru naszych "sygnałków".

2 czerwca 2018

Wiosenne łowy

Kilka dni po organizowanych przez nas zawodach, które rozegrane zostały pod nazwą "I Wiosenne Karpiowanie" postanowiłem pojechać na pierwszą w tym roku dłuższą zasiadkę. Wraz z kolegą Tomkiem wybraliśmy się na Kobylany. Pojechaliśmy tutaj z kilku powodów: po pierwsze, żeby złowić jakąś rybę, która doda pewności przed zasiadką na zbiorniku PZW. Drugim powodem był test robionych przeze mnie kulek - chciałem sprawdzić czy na dobrze znanym mi łowisku jakiś karp zainteresuje się domowymi przynętami. Chciałem mieć pewność, że moje wykonane samodzielnie „kulasy” odpowiadają rybom i żeby łowić na PZW z pewnością, że kule są w stanie skusić jakiegoś "miśka".


Nad wodę w Kobylanach przybywam z opóźnieniem - podczas dojazdu trafiam na palący się samochód, a droga na czas działań zostaje zamknięta... Na szczęście akcja nie trwa długo i kilkadziesiąt minut później melduję się nad wodą. Kobylany witają mnie piękną, słoneczną pogodą oraz delikatnym wietrzykiem. Słońce od czasu do czasu przysłaniały drobne chmurki.

Kwietniowy spinning z kropkami


W tym roku pierwsze wyjście na pstrągi miało miejsce dopiero pod koniec kwietnia. Częściowo było to spowodowane brakiem czasu, częściowo ulewnymi deszczami, a co za tym idzie - wyższą wodą w rzece. Przyszedł w końcu dzień, kiedy zagrały się dwa ważne czynniki: czas wolny i odpowiednie warunki. 22 kwietnia wybrałem się po raz pierwszy w 2018 roku na pstrągi i postanowiłem pójść w górę rzeki.

Pogoda była cudowna - świeciło słońce, a temperatura była sprzyjająca (okolice 20*C). Wiał delikatny wietrzyk. Jeśli chodzi o spacer z wędką po rzece to pogoda wręcz idealna! Szybko przygotowałem zestaw i kamizelkę ze sprzętem. Zdecydowałem się łowić miękka wędka - "wklejanką". Na kołowrotku miałem nawiniętą delikatną żyłkę o grubości 0,145 mm. Linka zakończona była małą agrafką z krętlikiem. Jako przynętę, która miała skusić pstrąga użyłem małego, 5-cm woblera w naturalnych kolorach. Takim sprzętem zamierzałem tego dnia złowić pierwszego pstrąga w sezonie!