Nasze konkursy wspiera:

16 lipca 2020

Zasiadka karpiowa, ale jednak nie karpiowa

Końcem maja w końcu wybrałem się na... Uwaga... Druga wyprawę tego roku. Jest to dopiero druga, albo biorąc pod uwagę trudność znalezienia wolnego czasu aż druga! Obrałem jako kierunek łowisko, z którym od tego roku rozpoczęliśmy współpracę - U Schabińskiej w Krzemiennej. Pakowanie rozpocząłem już na kilka dni wcześniej, po trochu każdego dnia i wszystko gotowe!


Pogoda w dzień wyjazdu nie pomagała myśleć optymistycznie. Już od samego rana padał delikatny deszcz, a w momencie gdy dojechałem do bramy łowiska zaczęło normalnie lać jak wściekłe!! Przez dobre kilkanaście minut nie było widać ani odrobinki szansy na poprawę. Wjechałem więc w deszczu na wybrane przez siebie stanowisko i... Ubrałem płaszcz przeciwdeszczowy, a następnie postanowiłem zebrać się za rozłożenie obozu. Pomysł przygotowania namiotu w takiej pogodzie był na tyle głupi, że ten był później cały w wilgoci, a ta dała się odczuć w nocy... Ale przynajmniej był gotowy! Dało mi to możliwość wniesienia potrzebnych rzeczy do środka, zwolnienia bagażnika i zabrania się za typowo wędkarskie zajęcia.


Łowiłem na trzy wędki. Dzięki echosondzie Deeper po około dwóch godzinach znalazłem interesujące mnie miejsca. Baaaa, nie były to miejsca, były to niewielkie place nieporośnięte roślinnością. W odpowiednio dalekim wyrzucie echosondą pomagał mi kij Carperus Spod marki Sakana, który tym razem nie musiał wysilać się ponad swe siły. Rzut na odległość 40-60 metrów to jedynie delikatne zamachnięcie się wędką, a ta naładowana odpowiednią mocą pośle echo na odpowiednią odległość. Następnie po odpowiednim odmierzeniu odległości wrzuciłem zestaw wraz z zanętą przygotowaną w domu do łódki, a tej pozostało już tylko dopełnić formalności. Dokładnie tak sprawa miała się też z innymi zestawami. Miejscówki więc wybrałem odpowiednie, zostały posypane, przynęty "wisiały" na włosach - jest więc wszystko dobrze!


W czasie, gdy zestawy trafiały do wody deszcz już jedynie delikatnie kropił. Pogoda odrobinkę poprawiła się, wyszło nawet słońce! Miałem nadzieję, że choć trochę przesuszy ono sam namiot i ziemię, która była mokra do tego stopnia, że jazdę bez kontroli pod same wędki miałem zapewnioną przy każdym szybszym kroku.


Pierwsza noc mija dość spokojnie, jedynie pojedynczych "piki" pozwoliły dać sygnał centralce. Co było przyczyną tak słabego wyniku? Sprawa wydaje się być prosta. Sumy, sumy, sumy... Niedaleko brzegu na którym​ znajdowałem się miała miejsce jakaś wojna, walka. W nocy z wody dobiegały dźwięki jakby ktoś znajdował się w niej, czy nawet skakał po niej. Szum był niesamowity, a rano dostrzegalnym efektem była położona i połamana trawa. Co jakiś czas dały się usłyszeć nawet uciekające i „krzyczące” kaczki. Niesamowite, ale też trochę przykre - mogłem zapomnieć o karpiach...


Sam dzień to przeplatanka pogodowa. Już o 11 przeszła obok burza, po to by przez kolejne trzy godzinki delikatnie zaświeciło słońce. Deszcz delikatnie kropił czasami nawet wtedy kiedy słońce pokazywało się na niebie. Po południu niestety przeszła kolejna burza i znacznie ochłodziła odczuwalną temperaturę.

Pierwsze branie miało miejsce dopiero około 17. Nie było to jednak to na co czekałem. Branie mocne, agresywne, pod sam kij, ale też równie szybko sygnalizator wrócił do swojego normalnego położenia. Jedyne co mnie niepokoiło to delikatnie poruszająca się szczytówka wędki. Postanowiłem więc podnieść kij do góry! Coś tam było, coś siedziało mimo, że walka polegała jedynie na dociągnięciu ryby do brzegu. Szybkie podebranie i mamy! Pierwszą zdobyczą zasiadki jest leszcz! Waży może około kilograma. Tak szybko jak zawitał na brzegu, tak szybko wrócił do wody. Pozostało na nowo wywieźć zestaw.


Kolejne branie ma miejsce jeszcze przed nastaniem nocy. Tutaj nastąpił już taki delikatny - można powiedzieć - odjazd. Po złapaniu wędki w dłoń czułem walczącą rybę. Nie był to Bóg wie jaki opór, no ale ryba dała się wyczuć. Żyłki z kołowrotka nie dała jednak rady wyciągnąć. Hol przebiegał spokojnie i bezproblemowo. W końcu w podbieraku ląduje pokaźnej wielkości leszcz! Ten już ważył 2,13 kg. Było więc z czym zrobić sobie zdjęcie.


Noc zaczęła się spokojnie. Rumor wywoływany przez przebywające w okolicy sumy nie był już tak dostrzegalny ani słyszalny jak dzień wcześniej. Noc była jednak stosunkowo chłodna, a do tego spokojna... Dopiero około 4 nad ranem miał miejsce "odjazd". Ryba niby gwałtownie wyciągnęła linkę z kołowrotka ale nagle stanęła i nastąpił luz na żyłce... Myślę sobie - płynie do brzegu. Energicznie zbieram luźną linkę i podnoszę wędkę. Jest jednak pusto, zero oporu. Nic a nic... Branie nastąpiło na kij, który już przez ponad 20 godzin leżał bez ruchu i bez żadnych oznak zainteresowania przez ryby.


Jakieś dwie godziny później branie następuje na wędce położonej w okolicy mojego brzegu. Ta tylko delikatnie podryguje, a sygnalizator praktycznie niewidoczne porusza się to w górę, to w dół. Zacięcie, delikatny opór. Na brzegu pojawia się około 40-cm sum. Taka ot niespodzianka! Jeśli byłby przynajmniej dwa razy większy to ucieszyłby mnie, a tak to w nagrodę mogę jedynie znów wywieźć zestaw.

Około godziny 11 zaczynam zbieranie i pakowanie obozu, co przedłużyło się praktycznie do godziny 15. Tuż po 14, na sam koniec podnoszę wędkę podczas delikatnego i powolnego odjazdu. Jak w przypadku tego większego leszcza, jakiś tam opór jest, ale nie za duży. Sprawcą całego tego zamieszania była całkiem fajna, ponad 30-cm wzdręga!


Podczas tych trzech dni spędzonych nad wodą nie doczekałem się odpowiedniej ryby, tej na którą czekałem ale przynajmniej nie wróciłem z tak nielubianym przez wszystkich wędkarzy "zerem". Do tego ta różnorodność gatunków, niespotykana wcześniej przeze mnie... Trzeba szukać plusów w całym!



Kamil Skwara

26 czerwca 2020

Karpiowe podbieranie według Yorka...

Wielkimi krokami zbliża się do nas pełnia sezonu, a co z tym idzie miejmy nadzieję, że bogaty wędkarsko sezon. Na spotkanie z dużymi karpiami trzeba się jednak odpowiednio wyposażyć. Przecież nie chcemy, aby nasze nowe PB uciekło od nas poprzez słabszej jakości hak, czy przetartą żyłkę... Dodatkowo jak wiadomo ważną chwilą jest też moment podebrania zdobyczy i samo to aby nie popełnić wtedy błędu. Musimy posiadać do tego celu odpowiedni podbierak, który powinien cechować się parametrami, które opisuję poniżej... Zwróćmy też szczególną uwagę na jego wielkość - czasami lepiej dopłacić to 30zł i mieć pewność, że zmieścimy do jego siatki każdego karpia, niż w przypadku ryby ważącej 20kg martwić się tym czy "wejdzie" nam do podbieraka! Dziś postaram się krótko przybliżyć postać kolejnego z produktów firmy York, a na celownik tym razem wezmę coś bez czego chyba nikt z nas nie rusza się nad wodę... Podbierak karpiowy...


Moim zdaniem najważniejszym atutem opisywanego podbieraka jest jego metalowa głowica. Mocne i stabilne łączenie ramion pozwala nam na pewne i szybkie podebranie szalejącego w wodzie karpia. Dodatkowo poprzez zastosowanie takiego wykonania głowicy możemy być pewni tego, że podczas ciągłego wyciągania i montowania na nowo ramion otwór tak szybko nie wyrabia się i nie niszczy. Kolejnym ważnym atutem metalowej głowicy jest stabilne utrzymywanie ramion "kosza". Są one umiejscowione na tyle sztywno, że podczas manewrowania siatką w wodzie ten nie wykonuje żadnych niepotrzebnych ruchów i stabilni utrzymuje się w jednym położeniu.


Rękojeść opisywanego teraz podbieraka wykonana została z włókna szklanego. Jest lekka, a jednocześnie mocna przez co nadmiernie nie męczy naszej reki, która tym samym uzyskuje moc do holu silnego i dużego karpia, którego prędzej czy później złowimy! Dodatkowo część rękojeści znajdująca się bliżej głowicy jest w niewielkim stopniu elastyczna. Ułatwia nam to kontrolę nad podbierakiem, bo ten nie sprawia aż tak dużego oporu pod wpływem​ wody jak byłoby to w przypadku zbyt elastycznego, czy zbyt twardego podbieraka. Teleskopowe wykonaniem rękojeści jest dla mnie dodatkowym plusem, ponieważ nie wymaga aż tak dużej troski i uwagi podczas pakowania się na zasiadkę - nie trzeba zwracać uwagi choćby na to, czy rękojeści nie obijają się o siebie. W dodatku nie musimy martwić się o to, że łączenie poszczególnych części "wyrobi się" po czasie do tego stopnia, że będą one samoczynnie rozłączać się (utworzą się tzw. luzy).


Jeśli zależy nam na udanym połowie, ale też na bezpieczeństwie ryby to przy wyborze sprzętu powinniśmy zwrócić też uwagę na konstrukcję samej siatki. Powinna mieć ona duże oczka przez które woda przedziera się bardzo szybko - przez to nasza ręką nie męczy się zbyt szybko podczas podbierania, bo siatka nie sprawia w wodzie, aż tak dużego oporu. Powyższa cecha siatki pozwala też na "przedarcie" się przez oczka większości "zanieczyszczeń" (np. roślin, glonów). Dobrej jakości "sieć" powinna też wyróżniać się miękkim materiałem, który po zamoczeniu w wodzie nie niszczy śluzu ryby. Taką siatkę posiada właśnie podbierak Yorka... Nie wierzycie? Sprawdźcie sami!


Rozstaw ramion w przypadku tego modelu wynosi 100 cm co spokojnie pozwoli nam pomieścić nasze życiowe rekordy. Z drugiej jednak strony jeśli złowiona przez nas ryba nie zmieści się do tak dużego podbieraka to hmm... powinniśmy mieć powód do dumy!

Jak wiadomo każdy z nas ma swoje własne wymagania i preferencje dotyczące sprzętu. Jak dla mnie podbierak powinien być dobrze i solidnie wykonany, powinno się nim dobrze manewrować w wodzie, ramiona powinny być mocno i stabilnie osadzone w głowicy, a do tego nie powinny sprawiać zbyt dużego problemu podczas ich wyciągania z rybą we wnętrzu siatki. Owy podbierak Yorka spełnia moje wymagania i jestem z niego zadowolony - co nie znaczy też, że na pewno przypadnie do gustu każdemu z Was. Aaaa... i jeszcze zapomniałem. Ważne też dla mnie jest to, że zastosowana tutaj siatka jest przyjazna dla śluzu ryb!


Kamil Skwara

2 czerwca 2020

Protektor - to on ochroni naszą wędkę!

Wśród całego naszego sprzętu, wśród naszych skarbów każdy z nas ma coś co szanuje najbardziej. Baaa... Wiadomo, że cały sprzęt traktuje się jakby był on naszymi dziećmi. Są wśród nich jednak pewne perełki, o które dbamy z największą uwagą. Dla mnie są to wędki, a o ich "zdrowie" dbam chyba najbardziej...

Najbardziej ryzykowny i często przynoszącym najwięcej uszkodzeń jest chyba ich transport, kiedy to trzeba dbać o nie z największą uwagą. Dziś krótko opiszę pewne protektory, które pomagają w zachowaniu ich bezpieczeństwa... Protektory, które są dostępne w ofercie Yorka pomagają w zachowaniu bezpieczeństwa naszych wędzisk, a dokładniej ich szczytowych częściej. Zabezpieczają one to co w wędkach jest chyba najdelikatniejsze - szczytówki. Wykonane zostały z miękkiego materiału, który amortyzuje każde uderzenie szczytową częścią. W dolnej części protektor posiada rzep. Za jego pomocą można ścisnąć poszczególne części wędki do siebie, dzięki czemu pozostają one ciągle w jednej pozycji, nie przemieszczają się i nie uderzają o siebie. Protektor ochroni nie tylko szczytówkę każdej z naszych wędek, ale także łączenia ich pozostałych składów, w których to przecież ich najważniejszy i najmniejszy element znajduję się w górnej części (a jego nawet delikatne uszkodzenie może zabrać nam frajdę z użytkowania danej wędki). Ich wewnętrzna część wykonana została z miękkiego materiału, co dodatkowo amortyzuje każde uderzenie wędką o twardą powierzchnię. Protektory dodatkowo chronią szczytowe części naszych wędek przed uszkodzeniami.

Protektor firmy York jest na prawdę ciekawym i przydatnym produktem podczas każdego wędkarskiego wyjazdu. Czuwa on nad bezpieczeństwem naszych wędek oraz ułatwia ich transport - szczytowe części każdego ze składów nie "rozchodzą" się na boki, lecz są spięte i "otulone" materiałem, tworzą jakby jedną całość. Taki protektor kosztuje na prawdę niewiele, a jego stopień przydatności można śmiało ocenić w skali 1-10 na 8. Nie jest on może koniecznym elementem osprzętu każdego wędkarza, ale jest za to produktem, który znacznie ułatwi nasze wyjazdy, a wędki będą czuły się bezpiecznie!


Kamil Skwara

30 maja 2020

Późne rozpoczęcie...

Pierwsza w tym roku karpiowa zasiadka... Z oczywistych powodów miała ona miejsce dopiero końcem kwietnia. Późno, no bo późno. No ale co zrobić? Co roku sezon rozpoczynałem w marcu, ale w tym roku niestety było inaczej.

Na cel pierwszej zasiadki wybrałem wodę PZW - a co tam, niech będzie trudniej! Kilka dni wcześniej namierzyłem swoją potencjalną miejscówkę, a w dzień wyjazdu pozostało mi tylko mieć nadzieję na to, aby wybrane przeze mnie miejsce pozostało wolne. W domu przygotowałem kukurydzę, mieszankę kulek i pelletu. Same karpiowe smakołyki!

Na szczęście po przybyciu nad wodę okazało się, że Miejsce które mnie interesowało było wolne! Ufff, można odetchnąć! Odetchnąć też mogłem po znoszeniu całego karpiowego "majdanu". Jego przenoszenie nie dość, że zajęło prawie godzinę to musiałem wykonać kilka rundek około 150 metrowych - ze sprzętem z górki, bez sprzętu pod górkę. Musicie sami tego spróbować, aby dowiedzieć się jakie to nasze wędkarstwo może być męczące... Łatwo na pewno nie jest!

Następnie rozpoczęły się przygotowania. Namiot został rozłożony. Powoli przechodziłem do wbijania podpórek, ostatecznego przygotowania i wiązania zestawów. Wybrałem zapachy kulek jakie mnie interesują. Z racji, że woda miała temperaturę 11*C (tak dużo i nie dużo) to postanowiłem zrobić eksperyment: jedna wędka z kulka 18mm oraz pływakiem 12mm, a druga jedynie z "popkiem" w wielkości 14mm.


30 marca 2020

Kwietniowe zawody zostają odwołane...

Witajcie!
Niestety w związku z ograniczeniami wywołanymi panującą pandemią jesteśmy zmuszeni odwołać organizowane przez nas zawody... Alternatywą będzie rywalizacja, którą planujemy na 18-20.09, a to wszystko dzięki Opiekunowi łowiska, który wyraził zgodę na przygarnięcie nas w tym terminie. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że nic we wrześniu nie zepsuje naszych planów i w końcu uda nam się spotkać nad wodą!
Jutro prześlę do Was SMS z wiadomościami nt. zwrotu wpłaconych zaliczek.
W razie pytań standardowo służę pomocą

Kamil Skwara

29 marca 2020

Łowisko karpiowe w Krzemiennej - "U Schabińskiej"

Witajcie!
Owy artykuł mógł już być przez Was widziany. Znajdował się bowiem w jednym z numerów magazynu Karp Max...


Dzisiaj chciałbym zaprezentować Wam wodę, o której już być może słyszeliście. Łowisko znajduje się na Podkarpaciu, w powiecie brzozowskim i w gminie Dydnia. Otoczone jest malowniczymi (szczególnie jesienią) pagórkami. Łowisko leży w dolinie rzeki San. Sam zbiornik ma już 35 lat. Najpierw był własnością gminy, a następnie został przejęty przez PZW. Dojazd na łowisko nie jest zbyt skomplikowany: z Brzozowa lub z Sanoka kierujemy się na Grabownicę Starzeńską, gdzie skręcamy w drogę wojewódzką 835, którą przejeżdżamy 15 km docierając tym samym na miejsce. W roku 2015 akwen został włączony do pobliskiego ośrodka funkcjonującego pod nazwą „U Schabińskiej” – Krzemienna nad Sanem. Dzięki temu, że zbiornik należy zaliczyć do trudnych pod względem technicznym (więcej informacji na ten temat w dalszej części artykułu) to wiele żyjących w nim ryb przeżyło to, czego nad naszymi wodami niestety nie brakuje – kłusownictwo, które rozwijało się tutaj prężnie. Dowodem na to mogą być łowione tutaj ogromne tołpygi, karpie przekraczające wagę 20 kg i piękne leszcze (ryba powyżej 60 cm długości nie jest tutaj niczym szczególnym).