20 lipca 2021

Leśna Woda - pierwszy wyjazd nad nowe łowisko

UWAGA! Zdjęcia zastosowane w tekście znajdują się również w numerze 4/2021 Magazynu KARPMAX - w tekście o łowisku Leśna Woda!

Wypad nad wodę w majówkę tradycyjnie, jak co roku odpuściłem - nie lubię tłumów nad wodą... Pierwszy majowy wyjazd miał więc miejsce w kolejny, po majowym weekend. Pogoda zapowiadana była różna, raczej nie napawała optymizmem. Przede mną jednak było ponad 90 km i dwie noce do spędzenia nad wodą. Auto zapakowane, szybkie przemyślenie czy zabrałem wszystko co miałem zabrać i w drogę! Sam dojazd nad wodę trwał prawie 2 godziny, więc na miejscu byłem po godzinie 12.

Na celownik tej wyprawy obrałem Łowisko Leśna Woda, które to jest stosunkowo nowym akwenem (działa od dwóch lat) wśród wędkarskich komercji. To woda gdzie przeważają karpie i amury oraz która to znalazła się w Magazynie 04/2021 KARPMAX.

Po rozłożeniu namiotu oraz stanowiska zabrałem się za sondowanie. Już wtedy dawał się tu odczuć mocny wiatr. Szczerze mówiąc nigdzie na internecie nie znalazłem zbyt wielu informacji na temat tego zbiornika oraz tego jak tu łowiono, czy jak tu łowić. Po wypłynięciu łódką okazało się, że niedaleko mojego brzegu, tuż przy mnichu odprowadzającym wodę jest 1,2-1,3 m głębokości i jest to najgłębszy fragment mojego stanowiska... Im dalej od brzegu tym głębokość była mniejsza. Ostatecznie postanowiłem wybrać miejsca, które jak podpowiadała mi głowa powinny dać rybę. Pierwsze z nich to mnich - woda 1,3 m głębokości, popek 16 mm zawieszony tak, aby znajdował się blisko dna. Kolejnym do obłowienia miejscem była skrajna okolica przeciwnego brzegu - taka mała jakby zatoczka na lewym rogu łowiska (byłem na stanowisku nr. 1). Tam trafił zestaw z przygotowaną w domu kukurydzą oraz dwoma sztucznymi ziarnami firmy York. Było tutaj około 80 cm głębokości. Trzeci zestaw to około metrowa woda - jakieś 40 metrów od mojego brzegu. W ruch poszła tutaj malutka kulka z koszykiem do Methody.

Pogoda była po prostu niesamowita! Mocny wiatr, na przemian ze świecącym słońcem, padającym deszczem… Najlepsze jednak były momenty, gdy wiatr na dłuższy czas przestawał wiać… Później dosłownie na kilkanaście sekund przychodził mocny, oj bardzo mocny podmuch, który trwał jak wspomniałem kilkanaście sekund. I nagle wszystko ucichło. I tak też było całą noc. Pogoda po prostu mnie wkurzała. W nocy nie dało się spokojnie zmrużyć oka, bo ciągle wiatr uderzał w namiot, momentami całkiem nieźle go napinając… Sygnalizatory również ciągle grały, piszczały. Jednak to wszystko jedynie dzięki mocnym podmuchom. Pierwszego brania doczekałem się dopiero rano. Bardzo zmęczony zawirowaniami wybiegam z namiotu. Podnoszę kij w górę i ryba siedzi! Walka trwa… Wydaje się, że nie będzie to potwornie wielka sztuka, ponieważ walczy niespokojnie – co jest raczej niespotykane przy większych egzemplarzach. Karp pochłonął zestaw z kukurydzą. Siły miał co niemiara. Już od samego podniesienia kija zdobycz bardzo mocno uciekała w bok, czasami wyciągając po trochu linki z kołowrotka… Ryba o wiele bardziej waleczna niż na innych komercjach. Gdy znalazła się niedaleko brzegu zaczęła uciekać. Jednym mocnym ruchem ogona zabrała kilka metrów żyłki. Jest moc! Po kilku kolejnych, coraz to krótszych odjazdach ryba trafia do podbieraka. Na brzegu okazuje się, że waży niecałe 7 kg… Nono, całkiem fajnie. Wracaj do wody!

 

Wiatr wiał na tyle mocno, że postanowiłem póki co nie wywozić zestawu, łódka powinna wytrzymać na wodzie, ale jednak dbałość o sprzęt wygrała z potrzebą wrzucenia do wody zestawu. Postanowiłem więc założyć zwykły ciężarek (zamiast kamienia) i zarzucić. Zestaw jednak nie poleciał zbyt daleko, co w tej pogodzie nie powinno być dziwne… Chwilę później nastąpiło branie na zestawie z koszykiem do Methody. Uwiesił się tam nieduży, ważący może kilogram karp. Ten również dzielnie walczył do samego końca, ale nie miał jeszcze najmniejszych szans na zwycięstwo ze mną!

 

Narzekania ciąg dalszy… Wiatr utrudniał dosłownie wszystko, nie dał nawet dobrze przygotować sobie jajecznicy… Zdmuchiwał ogień na kuchence, przez co patelnia nagrzewała się dobre kilkadziesiąt minut dłużej… Jedna wielka porażka. Koło południa jeden z mocniejszych podmuchów wyrwał napinacze z namiotu. Pod pojęciem napinacza mam na myśli element, który jest przymocowany do podłoża śledziem i który to naciąga ścianę namiotu. Do tego ten sam podmuch urwał materiały łączący jeden z końców stelaża, bez którego to namiot nie zachowywał swoich kształtów. Był niestabilny, a w tym wietrze łatwo było tylko o kolejne uszkodzenia. Postanowiłem złożyć go, co naprawdę nie było łatwe w takich warunkach…. W domu na szczęście udało się go naprawić. Na łowisku jednak przeszła przez moją głowę myśl, czy nie lepiej poskładać wszystko i jechać do domu… Wypełniony złością byłem już chyba na maksa…


Chwilę przed akcją z namiotem kolega ze stanowiska obok wyciągnął ważącego 5-6 kg (nie pamiętam już dokładnie) karpia! Brawo! Kolejna fajna, mega silna ryba na brzegu!

 

Na łowisku pozostałem i w tak mocnym wietrze za pomocą łódki umieściłem zestawy w wodzie. Taktyka pozostała niezmienna… Czekamy…

 

Po godzinie 18 następuje odjazd na wędce znajdującej się na głębokości 0,8 m. Mocny wyjazd, podnoszę wędkę w górze i już od początku czuję murujący ciężar. Wydaje się, że waży całkiem sporo, do tego nie ucieka w bok tak gwałtownie jak jej poprzednicy. Ryba od samego początku zaczęła kierować się w lewo, w stronę trzcin, tak jakby wiedziała gdzie trzeba płynąć aby uwolnić się z haczyka. Z kołowrotka linki nie wyciągała, bo trzymała się ciągle roślinności, nie chciała odjeżdżać w inną stronę. Gdy skracałem dystans dzielący mnie i rybę ta zbliżała się do mnie, ale nadal znajdowała się wzdłuż trzcin. Niby bliżej mnie, ale ciągle w niebezpiecznym miejscu. Po dociągnięciu jej do brzegu na którym znajdował się mój obóz, ta szukała trzcin dosłownie w odległości 5-10 metrów po mojej lewej ręce, na brzegu na którym stałem. Musiałem wysunąć wędkę najbardziej jak tylko mogę w stronę otwartej wody i odciągać rybę od mojego brzegu – zazwyczaj to przyciąga się ją do nas, teraz było na odwrót - musiałem odciągnąć ją od siebie. Nie przynosiło to zbytnich efektów, a ryba obcierała się o trzciny. Postanowiliśmy więc pohałasować na brzegu. Po czasie ta jak z pistoletu wystrzeliła w stronę otwartej wody. Odpływała jakby z elegancją, ale jednostajnym tempem, wyciągając przy tym bez przerwy linkę. Po czasie rozpoczęła się walka przy powierzchni, co pokazało jak silna jest to ryba. Miejsce, gdzie do wody wpadała żyłka, a miejsce gdzie ryba zrobiła ruch ogonem… Była to duża odległość… Mijają kolejne minuty, karp pokazuje swój pyszczek. Chwilę później ucieka spod podbieraka. Druga próba podebrania kończy się już złapaniem ryby. Jest! Szybki transport do kołyski. Przygoda z namiotem odchodzi w zapomnienie, bo na brzegu melduje się rekord łowiska!! Ryba ważąca 13,7 kg!! I to po odliczeniu wagi worka!! Jest super! Kilka zdjęć, oglądnięcie zdobyczy. Wracaj do wody i rośnij! Ale nie daj się zbyt szybko złapać – przynajmniej chwilę nacieszę się z rekordu 😉



Noc nad wodą mija niezwykle pracowicie. Pomijając fakt, że w najchłodniejszym czasie było -3*C (początkiem maja!!), to noc wypadła na plus. Złowiliśmy sporo, oj bardzo dużo ryb w przedziale do 3 kg - zarówno ja, jak i koledzy ze stanowiska obok. Ryby nie cieszyły nas tak bardzo jak chociażby te +5kg - taką jedną złowili właśnie koledzy w ciągu dnia, jak i przez noc...

W nocy złowiłem - nie przesadzając - koło 10 ryb... Największą z nich okazał się poranny, ważący niespełna 5 kg karp. Ten już pochłonął przynętę znajdującą się... Nie wiem gdzie - był to rzut na "chybił-trafił" Rzut od niechcenia - jak inne z nocy, które przyniosły ryby. Karpie po prostu wywąchały dobry pokarm, dobrze przygotowane stanowisko, lub poszczęściło nam się... W każdym razie ryb złowiliśmy co niemiara - szkoda jednak, że ponad 80% nie miało nawet 2 kg. Łowisko jednak jest godne polecenia, okolica jest cudowna... A zresztą... Opis łowiska znajduje się już w KARPMAX, a kiedyś też pojawi się na mojej stronie!


 


Kamil Skwara

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz