Nasze konkursy wspiera:

13 września 2016

Powrót do przeszłości...


Urlop w Bieszczadach, w położnych w bajecznej okolicy domkach w Dziurdziowie obok Hoczwi. Dwie malutkie miejscowości, jednak to co możemy tam spotkać przechodzi ludzkie pojęcie - piękne, rozległe łąki, ogromne lasy, niezwykła przyroda, rzadkie gatunki ptaków, gadów, płazów... Długo by tak jeszcze wymieniać. Obok domków, w których mieszkałem pięć dni mieściły się trzy małe stawy. Ich wielkość to mniej więcej 60x20 metrów. Nieduże, ale trudne! Dlaczego? O tym później. Grzechem byłoby nie zabrać tutaj sprzętu do wędkowania. W końcu urlop - odpoczynek, a jak odpoczynek to z wędką! Oczywiście jeżeli jest taka możliwość, a tutaj akurat była! Dla mnie to miejsce ma również symboliczne znaczenie - to tutaj złowiłem w sezonie 2013 swoją pierwszą wielką rybę. Złowiony trzy lata temu osobnik ważył 5 kg i mierzył 80 cm. Już przed przyjazdem od Właściciela dowiedziałem się, że owa rybka nadal pływa, a co najlepsze ma się bardzo dobrze!




Miły Właściciel od razu po przyjedzie rozpoznaje naszą rodzinę. Wie już, że to właśnie ja trzy lata temu zahaczyłem tutaj pięknego amura. Troszeczkę z uśmiechem kieruje do mnie takie słowa: "Jak złowisz go jeszcze raz to ten na pewno zapamięta sobie już Ciebie na zawsze!". Słowa wypowiedziane z uśmiechem na twarzy - ja widziałem na początku, że będzie trudno, ponieważ jestem na praktycznie nieznanej wodzie, do tego dużo podwodnej roślinności. Jednak wciąż miałem nadzieję, że kilkudniowe nęcenie ziarnem w jednym miejscu, na tak małym stawie przyniesie mi w końcu mojego azjatyckiego przyjaciela!


Po przyjeździe "umeblowuję" swój pokój. Pierwszego dnia nie ma czasu na rozkładanie karpiówek, ponieważ na miejscu byliśmy dopiero o 17. Wyciągam więc spinning i z nadzieją na pierwszego w życiu (!) sandacza "biczuję" wodę. Godzinka rzucania praktycznie we mroku nie przynosi efektów. Przed spaniem przygotowuję karpiówki, aby rano już tylko wyrzucić zestawy i czekać na odjazd...


Drugi dzień (środa) to pobudka o godzinie 5. Przygotowane już wcześniej zestawy wyrzucam w wybrane już pierwszego dnia miejsca. Jako dobrą miejscówkę obstawiałem okolice gęsto rosnących tutaj roślin wodnych. Łowię i nęcę tylko i wyłącznie kukurydzą. Nie wiem czy przyjezdni ludzie sypią rybom kulki czy też nie. Wolałem nie ryzykować i postawiłem na wszędzie i zawsze skuteczną kukurydzę. Jedna wędka w lewo, druga w prawo. Wędka po mojej lewej zarzucona została na jakieś 20 metrów od brzegu, druga na 40. Rośliny w stawie okupowały okolice brzegu, tworząc najróżniejsze korytarze pomiędzy swoimi łodygami. Prawdopodobnie tam ukrywają się ryby. Na środku zbiornika, jak widać na zdjęciu poniżej, znajdziemy dużo większy korytarz, w który to właśnie zarzuciłem zestawy. Rośliny swoje korzenie miały mniej więcej około dwa, trzy metry pod wodą.
Na pierwsze branie czekałem około trzech godzin. Spokojny, ciągły odjazd, który zacinam. Niestety okazuje się pusty... Karasi tutaj niby nie ma, za to są duże i ostrożne liny. Może to taki gość tym razem skusił się na ziarenka kukurydzy?
Kolejne godziny mijają spokojnie. Samym wieczorem notuję kolejny odjazd. Zacinam, a ryba od razu wchodzi w rośliny. Przez moment czułem jej siłę, ale gdy ta już wpłynęła między rośliny mogłem jedynie wyczuć pojedyncze, delikatne puknięcia. Była jednak była wciąż na haku. Około 40 minutowe zmagania z gęstą roślinnością nie przynoszą skutków. Postanawiam odstawić wędkę na podpórki i otworzyć kabłąk... Po dłuższym oczekiwaniu nie ma jednak pożądanych skutków... Zmagania kończą się zerwaniem zestawu...


Trzeci dzień - czwartek
Po pechowej środzie nadchodzi kolejny dzień - czwartek. Pobudka tym razem o 6, szybkie przygotowanie zestawów, pierwsze rzuty i nęcenie. Tego dnia postanowiłem zmienić staw. Dałem więc na razie spokój trudnemu obiektowi, jakim był zarośnięty stawik. Drugi, podobny wielkością, z "młynkiem" po drugiej stronie. Jeden zestaw położyłem w miejscu, w którym trzy lata temu złowiłem amura, a drugi zarzuciłem około 5 metrów od wlewu wody. Na każdym zestawie na włos założyłem kukurydzę, z tym że jeden dipowałem aktywatorem kukurydzianym, a drugi sokiem "Imago" od Feeder Bait.
Jak w zegarku - godzina 9:00 - sensowny odjazd kwituję zacięciem. Mam kolejną rybę wyprawy! Walczy dzielnie, ale nie sprawia problemów. Po czasie pokazuje się ładna "złota rybka". Kilka króciutkich odjazdów przy brzegu i udaje się podebrać około 3-kg karpika. Pełnołuski po sesji zdjęciowej odpływa do swojego domu w pełni sił. Rana jak zawsze odkażona, zdjęcie mam, ryba odpłynęła - idealnie!


Piątek jest dniem kiedy ryby całkowicie nie chcą żerować. Nawet uklejki, które przez poprzednie dni łowiłem i były moją odskocznią od karpiowego świata odmawiały współpracy. Po prosu taki dzień... Ale nie do końca! Samym wieczorkiem z miejsca na lewo od młynka do wędek woła mnie mój sygnalizator! Zacinam! Czuć słabo walczący ciężar, który od czasu do czasu niemrawo ruszy się w bok. W myślach mam już tylko amura! Kilka sekund później przed podbierakiem pokazuje się duża głowa azjatyckiego przyjaciela, a tuż po tym następuje odjazd. Ryba kawałek odpływa, następnie przyciągam ją do siebie, a ta znów robi to samo. Kilka odjazdów, piękna walka przed podbierakiem i mam go! Waży 9 kg! Nie mierzyłem jego długości ale na pewno ma około 90 cm. Piękny amur! Odpływa i czeka na kolejne masze spotkanie.


Sobota
Słońce grzeje niemiłosiernie. W okolicach godziny 13 mamy ponad 30 stopni! Wszystkie ryby wygrzewają się przy powierzchni. Kilka razy wystrzeliłem z procy chleb - tak z czystej ciekawości i obserwowałem. Pierwsze przy nim pojawiały się ukleje. Dopiero po chwili podpływały karpie, ale te jednak nie zbierały każdego kawałka chleba. Do teraz nie wiem czemu niektóre z kawałków zostały tylko opłynięte kilka razy dookoła. Chwilkę po tym postanowiłem przerobić jedną z wędek. Zestaw składał się z... haczyka i skórki od chleba. Taki zestaw wyrzucałem mniej więcej około 10 metrów od zauważonego karpia. W tej metodzie łowienia nie używamy zanęt. Po zarzuceniu obserwujemy chlebek i czekamy aż ryba do nas podpłynie. Pierwsza próba - karp atakuje przynętę po kilkukrotnym jej opłynięciu i "dziobaniu". Zacinam! Czuję go! Ten jednak od razu wpływa w rośliny i po chwili zrywa moją 8-kg plecionkę... Chwilę później Kolejna rybka wypływa do mojej przynęty. Ta jednak tak połyka przynętę, że po zacięciu wyjmuję jej haczyk z pyska... Coś zrobiłem źle, za wcześnie zaciąłem... Strzelam z procy w stronę wody kilka kawałeczków chleba i na godzinkę daję odpocząć wodzie.
Po tym czasie podchodzę do wody z kamerką. Słaba bateria, ale mam nadzieję że wytrzyma tyle ile potrzeba. Po 15 minutach podpływa do mnie pełnołuski. Rzucam w jego kierunku, a ten od razu podpływa do chlebka. Kilka razy okrąża przynętę, a po chwili odpływa tylko po to aby jak petarda wrócić w okolice przynęty, zatrzymać się przed nią i powoli podpłynąć w jej kierunku. Moment kiedy duży pyszczek zassał z powierzchni moją przynętę pozostanie we mnie na długo! Zacinam, ryba od razu kieruje się w krzaki! Tej jednak nie daję już tyle luzu co poprzedniej! Trzymam ręką za plecionkę i na granicy jej wytrzymałości przyciągam karpia do brzegu. Pełnołuski próbuje nawet wpłynąć w niewielkie zbiorowisko roślin tuż przy brzegu! Karpik waży około 4 kg i wraca do wody!


Niedziela to pobudka o 4 rano i spanie przy wędkach. Jedną wędkę ustawiam na pierwszym stawie, a drugą na drugim. Śpię przy tej, która zarzucona jest w zarośnięty zbiornik. Centralka włączona, czekam.
Około 8 branie na drugim stawie! Ryba znów przypomina walką amura. Tak też jest! Po chwili walki wychodzi do podbieraka z którego wyskakuje jak torpeda! Walczy jeszcze kilka minut! Mocne odjazdy, widowiskowa walka. Amur wygląda na nieźle wkurzonego. Po chwili ląduje w podbieraku. Waży 9 kg, czyli to mój przyjaciel! Dlatego warto wypuszczać ryby! Złowiłem go już trzeci raz w życiu!


W niedzielę przed południem wracam do domu. Skąd wiem, że trzy razy złowiłem tego samego amura? Łowiłem na małych stawach obok domków letniskowych - wielki plus dla nich, ponieważ można połowić, jak i również odpocząć z rodziną w pięknych Bieszczadach. Obok domków znajdują się trzy stawy, amur złowiony został w drugim. Według właściciela, który co jakiś czas spuszcza wodę ze zbiornika w tym właśnie stawie cały czas (nie przenosi ryb do innych) pływają dwa amury - właśnie ten mój, a drugi około 12 kg. Trzy lata temu były to amurki 5 i 9 kg. W drugim stawie oprócz tych właśnie rybek złowić można również karpie do 4 kg, oraz kilka małych torped do 50 cm - więc to raczej pewne, że trzy razy złowiłem tego samego amura.

 


Zachęcam do obejrzenia filmu z wyprawy!

 

Dziękuję bardzo za poświęcenie czasu w celu przeczytania artykułu! - Kamil Skwara

3 komentarze:

  1. Super Kamil. Zawsze czytam i siedzę Twoja stronę. Pozdrawiam Jakub Wietrzykowski 😉

    OdpowiedzUsuń