26 kwietnia 2017

Wiosennych sukcesów ciąg dalszy

Rozpoczęcie sezonu wypadło rewelacyjnie. W końcu przyszła pora na dłuższą zasiadkę. Otrzymałem propozycję wyjazdu od jednego z kolegów z Catch Carp Club'u, którą ciężko było odrzucić. 3 dni nad Kobylanami, w super towarzystwie - jedziemy!


Jak to zazwyczaj bywa, przez półtorej tygodnia przed wyjazdem pogoda była po prostu piękna! Ale nagle w czwartek zaczął padać deszcz, termometr zamiast pokazywać ponad 15 czerwonych kresek w ciągu dnia pokazywał zaledwie 7... Jak widać wyjazdu nigdy nie dostosujemy do pogody, trzeba się jednak samemu do niej odpowiednio przystosować.



W piątek 7 kwietnia na łowisku zastaję Bartka i Kubę. Rozkładam swój "mały" obóz. Oczywiście tradycji staje się zadość i podczas rozbijania namiotu musi zacząć kropić deszcz - ale cóż... Ten wyjazd planowałem poświęcić na obłowienie płytkiej zatoczki, co o tej porze roku mogło być ryzykowne. Przy ogrzewającym wodę słońcu ryby mogły wejść w ową część akwenu. Jednak gdyby pogoda pozostała nadal taka sama, czyli jeśli deszcz nie dałby za wygraną, a temperatura w nocy utrzymywałaby się na poziomie około 1-2 stopni C to moje szanse spadłyby do zera... W myśl powiedzenia "kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa" postanawiam nie odpuszczać owej zatoczce.

W jakich miejscach położyłem swoje zestawy? Pierwszy z nich trafił na sam środek zatoczki, w okolice powalonej do wody brzozy. Na włosie założoną miałem kuleczkę pływającą Carrum o zapachu łosoś-czosnek (intensywny, śmierdzący zapach), a tuż pod nią znajdowała się śrucina nie pozwalająca przynęcie zbytnio oderwać się od dna. Drugi zestaw trafił naprzeciwko wychodzącego w wodę cypelka, dosłownie 5 metrów od brzegu na którym znajdował się mój obóz. Przynęta tutaj była kula Krill firmy Meus. Trzeci kijek znajdował się obok drugiego - przynęta została odsunięta od mojego brzegu o około 15 metrów. Postanowiłem tutaj dać szansę intensywnie śmierdzącej kulce. Tak oto całe "przejście" z głębokiej na płytką wodę miałem obstawione swoimi zestawami, więc ryby zmieniające część zbiornika nie powinny przejść obojętne obok kulek.


Podczas tej zasiadki starałem się połączyć nęcenie punktowe z dywanowym jednocześnie nie wrzucając do wody zbyt dużo pokarmu. Po położeniu zestawu na dnie spuszczałem bezpośrednio na niego dwie garści przygotowanej mieszanki (głównie pokruszone i całe kulki, pellet i trochę kukurydzy - wszystko lekko boosterowane). Po odpłynięciu na kilka metrów od miejsca, w którym leżał zestaw rozrzucałem kilka kulek dookoła, tak żeby leżały one mniej więcej na dwóch metrach kwadratowych.


Tuż przed wyprawą, dokładnie to we środę odebrałem przesyłkę od Yorka z produktami do testowania na nowy sezon. Wśród nich znalazło się kilka nowinek na rok 2017, które pokażę Wam w oddzielnym artykule już niedługo!


Czas mija szybko, a tuż po wywiezieniu zestawów okazuje się, że nastaje noc... Godzina 19:30 i ciemno. Przy rozkładaniu sprzętu i kombinowaniu co położyć gdzie, jak i z czym na włosie czas mija szybko, a sama wywózka to już formalność. Wszystko rozłożone, można więc iść do kolegów ogrzać się w promieniach ogniska. Czas spędzony na rozmowach o naszym hobby oraz o wielu innych rzeczach mających miejsce w naszym wielkim świecie mija niespodziewanie szybko. Rozmowy około godziny 21 przerywa nam delikatne branie na wędce Kuby, który podbiega do niej i zacina. Po chwili rozlega się odgłos wyskakującej z wody ryby! Można było się już domyślić, że prawdopodobnie na wędce mamy jesiotra. Ryba walczy, nie daje za wygraną. Jest poprawnie zacięta. Po pewnym czasie traci siły. Jeszcze dwa, może trzy odjazdy i mamy go w podbieraku! Piękny około metrowy jesiotr pozuje do zdjęcia! Dziwne jest to, że w jego pyszczku znajdujemy urwany zestaw! Ciężarek na oko ważył jakieś 100 gram, a sam przypon wykonany był z profesjonalnych produktów... Ważne, że ryba w końcu pozbyła się dodatkowego obciążenia i w pełni sprawna wróciła do wody!


Gdy już jesiotr odpłynął wracamy do naszych rozmów. Czas znów mija szybko, a kilka minut po północy do głosu dochodzi moja centralka. Biegnę i zacinam. Od razu ryba wyszła pod powierzchnię, a my usłyszeliśmy plusk! Łowiłem na płytkiej części stawu, więc zbyt dużo wody zdobycz nie miała do dyspozycji. Minusem dla mnie, a plusem dla niej były pozostałości po roślinności wodnej z zeszłego roku, których ja nie dostrzegłem, a ryba mogła... Hol trwa dłuższą chwilkę. Wściekła zdobycz nie daje za wygraną. Kilka dłuższych odjazdów, gwałtownych ruchów głową. Przy brzegu pokazuje nam się średniej wielkości karp, który tuż po tym postanawia wpłynąć w przybrzeżne grążele... Na szczęście udaje się go z nich wypłoszyć i już po chwili ryba ma okazję wypróbować nową matę od Yorka. Kilka szybkich zdjęć i karpik wraca do wody. Ważył 6 kg...


Tuż po godzinie 2 Bartek otrzymuje swoją szansę! Delikatne, niepewne branie kwituje zacięciem. Ryba do brzegu idzie spokojnie, bez zbędnych ruchów... Przy brzegu robi dwa krótkie odjazdy i bez problemów daje się zapakować w podbierak. Jesteśmy oszołomieni sytuacją! Ogromny karp tak łatwo wjechał do siatki! Po zważeniu i zmierzeniu okazuje się, że waży 17 kg! Bez kłopotów i żadnej próby ucieczki znalazł się w podbieraku - wydaje się to być niemożliwe. Dumnego łowcę pięknego pełnołuskiego złota uwieczniamy na kilku fotach. Karp odpływa, a my w końcu idziemy spać. Niestety... do rana mamy spokój od ryb...


Rano zmieniam miejsce położenia zestawów. Przesuwam się bardziej w stronę najpłytszej wody w zatoczce - tak oto trzy kije znajdują się bezpośrednio na płyciźnie. Są oddalone od siebie o całkiem sporą liczbę metrów. Kulki czekają w najbardziej interesujących dla karpi miejscach.
Taktyka taka w południe przynosi niespodziewany odjazd! Podbiegam do wędki i w momencie, gdy ryba ucieka zacinam. To co się po tym stało było niewyobrażalne. Zaciąłem w trakcie mocnego odjazdu, a tu cisza, nic na kiju nie czuć... Przynęta na włosie... Czyżby amury zaczęły delikatnie skubać? Jakaś ostrożna ryba? Ciężko powiedzieć... W wędkarstwie zdarzają się i takie sytuacje, a te napędzają nas do działania!


Tuż po godzinie 18, gdy mam już wyciągać z wody zestawy po to aby odpowiednio przygotować je na noc na wędce położonej w okolicy zwalonego do wody drzewa notuję odjazd. Zacinam i siedzi! Ryba tym razem nie wychodzi do powierzchni, walczy przy dnie. Kilka razy delikatnie wysnuwa po kilkanaście centymetrów plecionki. Po krótszym czasie karpia udaje się podciągnąć do brzegu, a ten ucieka przed podbierakiem. Druga próba kończy się tak samo, natomiast za trzecim razem "wrzucamy" go do siatki. Ryba ląduje na brzegu. Waga pokazuje niecałe 5 kg. Kilka fotek i karp wraca do swojego domu.


W nocy z powodu niskiej temperatury postanawiam odpuścić płytką część zbiornika. Obracam więc wędki w prawo i umiejscawiam zestawy na głębszej wodzie. Już około 21 ja, jak i Bartek notujemy pojedyncze piknięcia. Niestety nic "poważniejszego" z nich nie wynika. Wciąż mamy jednak nadzieje na powtórkę wydarzeń z poprzedniej nocy...
Do rana nie wydarzyło się nic wartego uwagi. Około 8 słońce wychodzi zza chmur i oświetla wodę. Dosłownie w kilka minut na płytkiej części akwenu pojawiły się ryby. Na szczęście jakieś 30 minut wcześniej przeniosłem swoje zestawy dokładnie w te miejsca. Wczesnym rankiem prognoza pogody pokazała świecące słońce, praktycznie bezchmurne niebo, aż do godziny 18. Ciągle miałem więc nadzieję, że uda się coś jeszcze "zahaczyć"...


Piękny dzień, piękna pogoda... Ryby zamiast korzystać z "darmowego" jedzenia wolały wygrzewać się w słońcu. Ile to karpi można było dostrzec pod powierzchnią, ile to szczupaków ganiało za drobnicą. A swingery wisiały w bezruchu.
Wieczorkiem przy składaniu namiotu coś gwałtownie chlupnęło w krzakach dosłownie pół metra od moich nóg. Patrzę i nie wierzę w to co widzę! Ogromny szczupak siedzi pod zwisającym do wody krzakiem i powoli rusza pyskiem! Niewiarygodne! Aż szkoda, że nie miałem przy sobie aparatu! Sytuację tę mam przed oczami, aż do teraz!

Kamil Skwara


http://www.markomserwis.sklepna5.pl/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz