Nasze konkursy wspiera:

21 stycznia 2016

Dwudniowa zasiadka, jak najbardziej na plus

Planowałem ten wyjazd już od końca czerwca. Plany trochę pozmieniały się, ale wyjazd musiał dojść do skutku. Wcześniej wszystko zostało już dokładnie zaplanowane. Kulki gotowe, zestawy zrobione dzień wcześniej... Namiot jest, torby popakowane, wypad do Biedronki po jedzenie i wodę można odznaczyć fajeczką na kartce. Po prostu już wszystko gotowe, teraz zostaje tylko czekać na ten piękny dzień i mieć nadzieje na duże karpie...


Pogoda dzień przed wyjazdem nie była zbyt optymistyczna. Przelotny, mocny deszcz dawał się odczuć. Cały czas "kapało" z nieba, błoto robiło się coraz większe, a przecież mieliśmy w planach rozłożyć biwak na cyplu... Błoto na cyplu to nic dobrego. Jednak już we wtorek wieczorem zaczęło się przejaśniać, w końcu wychodzi słońce! W nocy jeszcze lekki deszczyk, ale lekki, więc taki może być. W środę rano jeszcze czasami coś lekko popadało, ale to tak bardzo lekko. 15 lipca około 11:30 wyjeżdżamy z domu na staw. Kilka minut przed 12 jesteśmy na naszym łowisku. Przenosimy z kolegą cały sprzęt z auta na cypel. 
Błota nie ma – jest dobrze. Rozkładamy namiot i przygotowujemy sprzęt. Zdecydowałem się na wywiezienie jednego gruntu z pelletem na włosie pod grążele, gdzie w maju straciłem szansę na ładnego karpia – po zacięciu ryba wypłynęła pod powierzchnie i wypluła haczyk. Woda jest tam płytka, jakieś 0,75 – 1 m. Pellet na włosie, a nęciłem również tym samym pelletem, moczonym wcześniej w dipie o zapachu ryby. Pellet również miał zapach rybny, więc dip tylko wzmocnił jego zapach. Drugą wędkę postanowiłem wywieźć pod trzciny. Tak jak zawsze dosłownie 20 cm od gęstych trzcin, w które biorąca ryba nie ma prawa wejść, ponieważ po prostu za gęsto tam rosną. Tutaj na włos poszła kulka 16 mm masło-krem, również tym samym nęciłem oraz tym samym dipem wzmocniłem przynętę i zanętę. Po przygotowaniu zestawów do wywiezienia poszedłem do karpiarzy łowiących obok po łódkę. Oczywiście pójście po łódkę zeszło trochę długo, bo zaraz nawiązała się rozmowa. Dowiedziałem się, że w nocy z naszego cypla udało się im złapać amura około 8 kg. Dobra zapowiedź naszego dwudniowego pobytu tutaj. Wziąłem od kolegów łódkę i przypłynąłem do naszego stanowiska.
Gdy już wszystkie wędki znalazły się na swoich miejscach, przyszedł czas na uporządkowanie stanowiska.
  

Dobrze, że już wcześniej rozłożyliśmy namiot, bo tak nagle z niczego praktycznie (bo świeciło słońce, a nad nami nie było ani jednej ciemnej chmury) zaczął padać deszcze. Szybko schowaliśmy wszystko do namiotu. Oczywiście, gdy wszystko zostało schowane deszcz przestał padać... Jak na złość! Rozłożyliśmy wszystko jeszcze raz na naszym stanowisku i pozostało już tylko czekać na brania. Na rozmowach szybko minął czas do godziny 18, gdy odwiedził nas Pan Waldek – karpiarz oraz właściciel tego dzikiego stawu. Zaraz gdy przyszedł na mojej wędce pod grążelami coś lekko podciągnęło sygnalizator do góry. Ale to było takie lekkie branie, więc postanowiłem nie ryzykować i nie zacinać. Podczas naszej rozmowy z gospodarzem, po jakiś 5 minutach mam kapitalny odjazd! Zacinam! Karp wychodzi z płytkiej wody do powierzchni i uderza w nią ogonem! Zaczyna uciekać w lewo, do zatoczki, na jeszcze płytszą wodę. Na szczęście udaje mi się go zatrzymać i ryba nie wplątuje się w podwodną roślinność. Ale to jeszcze nie koniec. Karp wciąż ma siły i nadal walczy. Walka przy brzegu trwała jakieś 3-4 minuty, po czym karp daje się podebrać. Piękny, ważył 6,5 kg. Po kilku zdjęciach wraca do wody.
      



   

Później rozpalamy ognisko. Zero brań, pełni nadziei czekamy na noc. Zaczyna się pięknie. Około 23 odjazd. Zacinam rozpędzoną rybę i... pudło. Jak to możliwe!? Zestaw samozacinający, z ciężarkiem 80 gram + piękny odjazd... To nie możliwe, że nie udało się zaciąć. Zarzucam zestaw "na ślepo", bo łódką nie chciałem wypływać w ciemnościach. Za jakąś godzinkę kolega ma odjazd. I sytuacja się powtarza... Nic, cisza, pudło... Zarzuca wędkę w to samo miejsce przed siebie. Moja wędka była zarzucona na pewno jakieś 20 metrów obok. Około godziny 2 z namiotu wyciąga nas odjazd i niemiłosierne piszczenie mojego sygnalizatora. Zacinam i coś siedzi... Zaraz dosłownie 2 sekundy później kolega tak samo. Aż tu nagle luz... Razem zwijamy zestawy, a tu... Nasze zestawy są splątane! Ale jak to! Przecież dzieliła ich tak duża odległość, a ryby nie mogły ich splątać... Tak długo nie odjeżdżały na wolnych biegach... Do dziś zastanawiam się jak to możliwe (!). Jakieś 30 minut później koledzy z "pod drzewa" proszą nas o pomoc. Na jednej z ich wędek ryba ładnie odjechała, a później wpłynęła w trzciny. Musieli popłynąć po nią łódką. Gdy odplątali rybę z zaczepu ta zaczęła ich ciągnąć po stawie! Ale niestety po chwili się zerwała... Opowiadali, że gdy odplątywali rybę, zauważyli amura, według nich waga +/- 15 kg. Duży!
Do rana wszystko przebiegało spokojnie, a zaraz o świcie poszedłem po łódkę i zmieniliśmy nasze przynęty na świeże. Zrezygnowaliśmy z łowienia pod grążelami, w płytkiej zatoce, ponieważ przez noc na dwie wędki umiejscowione tam nie było nawet podciągnięcia.
    

Gdy Panowie z "pod drzewa" (tak nazywamy tamtą miejscówkę) pojechali do domu, musiałem po prostu jedną wędkę położyć w swoim ulubionym miejscu – pod studzienką odprowadzającą wodę. Złowiłem tam dwa miesiące temu karpia na 11 kg. Piękna i waleczna ryba. Mierzył tylko 72 cm, ale nadrobił to swoją wagą. Nie zmienia to faktu, że karp był piękny. Teraz postanowiłem założyć tam kulkę truskawkową 20 mm, a obok zanęciłem również kulkami truskawkowymi, lecz o wielkości 16 mm. Jak było widać już po lekko ponad godzinie, podczas składania namiotu to był dobry wybór – swinger do góry i na dół, luz na żyłce, ryba płynie do brzegu. Podciągam linkę dopóki nie zauważyłem i nie poczułem, że jest napięta i zacinam. Dla pewności robię jeszcze drugi, dużo lżejszy ruch w celu lepszego docięcia. Od początku wiedziałem, że na drugim końcu wędki mam amura. Nie walczył tak jak karp... Wiedziałem, że to amur. Ryba walczy od samego początku, odjechała od studzienki jakieś 10 metrów do nas, po czym zaczęła sprawdzać co jest po lewej i prawej stronie stawu. Amur ucieka raz w lewo, raz w prawo.
   Czuję, że jest duży, ale myślę, że powyżej 10 kg nie ma. Po kilku minutach mamy go przy brzegu. Wydaje się zmęczony, więc próbujemy podbierać. Wcale tak nie jest! Amur ucieka. Jeden odjazd, przyciągam go do brzegu, drugi odjazd i to samo. Po kilku takich odjazdach proszę kolegę o to, by nagrywał walkę, ponieważ wiem, że może to być świetna pamiątka. Z rybą do tej pory męczę się około 10 minut. Film trwa niecałe 15 minut, a jeszcze później, po jego zakończeniu walczyłem z amurem kilka minut. To był najdłuższy hol w moim życiu. Podbieramy rybę rękoma – łapiemy poniżej płetw piersiowych i za ogon – nasz podbierak niestety uległ awarii już dzień wcześniej...
Amur jest większy niż myślałem – nie dawałem mu 10 kg, a ma 10,2 kg. Tak samo myślałem, że nie ma powyżej 85 cm, a miał 92 cm. Po sesji zdjęciowej ryba wraca do wody. Wyjazd zaliczamy do udanych. Teraz czekamy na kulki z firmy Marfish, które mam dostać do testowania i planujemy następny wyjazd, być może również na ten zbiornik...




Filmik z holu amura: https://youtu.be/7bue-i9_FeY

1 komentarz:

  1. Piękne rybki i super artykuły, mam nadzieję że kiedyś wybierzemy się razem na łowy! :)

    OdpowiedzUsuń