Nasze konkursy wspiera:

15 lipca 2016

Karpiowe przełamanie


12 lipca przyszedł czas na kolejną zasiadkę nad Kobylanami. Doba nad wodą z taktyka ustalona w domu. Przed wyjazdem sprawdzam prognozę pogody, która mówi że we wtorek przejdzie nad Krosnem i okolicami gwałtowna burza. Wyjazd zaplanowany miałem na wieczór, więc niesprzyjająca pogoda powinna już minąć. Środa natomiast zapowiadała się spokojnie, temperatura około 27*C. A jak było w praktyce...?




Nad wodą jesteśmy koło 18. Znajomy czeka już na nas na swoim stanowisku. Do dyspozycji mamy cały akwen - duże pole manewru. Od dwóch dni przed zasiadką nęciłem kilka stanowisk kukurydzą. W sumie wyszło po około dwie litry kukurydzy na cztery miejscówki. Zestawy położyliśmy w miejsca, które właśnie wcześniej były zanęcone. Mój trzeci zestaw był tego dnia zestawem "wędrownym" (co jakiś czas zmiana miejsc, a to jak był skonstruowany niech zostanie tajemnicą). Podczas wyjazdu testowałem jedną z nowych metod wędkowania w moim życiu. Oczywiście była to metoda gruntowa, ale różniła się w znacznym stopniu od wszystkich stosowanych w karpiarstwie. Wywożę wędki w zaplanowane już w domu miejsca. Miałem nadzieję, że w zanęconych miejscach losy moich przynęt zostaną przejęte przez ryby, a trzeci zestaw z nową metodą przyniesie pożądane skutki. Nie myliłem się - już po 30 minutach po wywiezieniu zestawu delikatne i krótkie branie w amurowym miejscu. Niestety ryba w mgnieniu oka poradziła sobie z kukurydzą umieszczoną na włosie... Korekty w zestawie i na włos trafiają dwa naturalne ziarna i jedno gumowe. Gumowe na pewno nie zniknie z włosa co daje mi pewność, że przez resztę nocy zestaw nie pozostanie bez przynęty. W tym właśnie miejscu postanowiłem nie wsypywać do wody dużo kukurydzy. Amury żerują tutaj w grupkach, a jeśli ta znajdzie sporą ilość ziarna będzie spokojnie wybierać je z dna. Natomiast jeśli kilka ryb trafi na garść kukurydzy, zacznie między nimi nawiązywać się swojego rodzaju walka o pokarm. Czy taka taktyka sprawdzi się w praktyce? Odpowiedź poznacie już za chwilkę.


Rozpoczyna się noc, zestawy leżą jak na razie spokojnie. Na zabicie wolnego czasu gramy w piłkarzyki, karty, oglądamy film i rozmawiamy o naszym hobby. Nad wodą nie da się nudzić! Czas mija błyskawicznie. Do godziny 1 mamy kilka nieśmiałych pociągnięć zestawów.


Bardzo krótki sen przerywają mi trzy piknięcia na zestawie leżącym w amurowym miejscu. Wybiegam z namiotu ale nie udaje mi się nic zrobić z tym braniem. Odliczam standardowo do 200 i wracam do namiotu. Odeszłem na kilka metrów od wędki, a tutaj kolejny raz kilka piknięć - standardowo jedno piknięcie do kija, a później opad swingera. W takim przypadku decyzja może być tylko jedna - kalimata razem z poduszką w dłoń i śpię przy wędkach. Po kilkunastu minutach snu budzi mnie ciągły sygnał dobiegający z centralki. Podbiegam do wędki i zacinam. Jest! Siedzi! Ryba wzięła z pod trzcin, a przez jakieś 15 metrów sprawiała wrażenie bardzo leniwego przeciwnika. W połowie odległości od trzcin ryba zaczyna walczyć. Karp kieruje się do dna, na wędce od Yorka czuć każdy ruch głową jaki wykonuje ryba. Przy brzeg rozpoczyna się prawdziwa walka! Ryba kieruje się do dna, próbuje wbić się w brzeg, na którym stoję. Po chwili udaje się ją podebrać, a każdy, nawet najbardziej zaspany uczestnik wyprawy uczestniczy podczas holu i podebrania.


Karpik po zaważeniu, odkażeniu rany i krótkiej sesji zdjęciowej wraca do wody. Waży 6,5 kg. Niby mały ale daje mi na prawdę sporo radości. Podczas czterech kolejnych dni na łowisku (dwie doby w maju i doba końcem czerwca), gdy to na koniec wychodzę na zero, piękny pełnołuski wynagradza starania. Nigdy nie odpuszczamy - to jest najważniejsze! Ryba od razu po włożeniu do wody odpływa. Jeszcze nigdy nie miałem na brzegu tak spokojnego karpia jakim był ten! Ani jednego ruchu, ani podskoku na macie. Łatwy do sfotografowania. Spokojny podczas odkażania. Przeżył pobyt na brzegu najbezpieczniej jak tylko mógł, a duża zasługa w tym pozostaje po jego stronie. Nic tylko podziękować za ten odjazd wypuszczeniem karpia do wody. Bywaj!



Wywożę zestaw w to samo miejsce i wracam na brzeg. Następnie udaję się na cypelek gdzie swoje stanowisko ma kolega. Chwilkę rozmawiamy. Nagle wpadam na pomysł, żeby podejść do swojego stanowiska po centralkę. Zatrzymuje mnie jednak jeszcze jeden temat naszej rozmowy, jedno z łowisk w Starym Sączu. Nagle coś piszczy, zanim pomyśleliśmy o odjeździe na mojej wędce minęło kilka sekund (pierwsze co przyszło do głowy to branie na cypelku) ale doszliśmy do wniosku, że to dzieje się u mnie! 60-metrowy sprint z przeszkodami i jestem pod wędką. Zacinam, czuję rybę ale ta niestety po chwili spada z haka... Zestaw przelotowy dedykowany delikatnie i niepewnie biorącym amurom niestety nie zdołał sam zaciąć ryby... Zestaw trafia w to samo miejsce, a ja idę za potrzebą do drewnianego pomieszczenia przeznaczonego do tego. Gdy wracam i jestem na wysokości cypla odjazd! Ta sama wędka! Biegnę ale znów nie w czasie... Branie ustało... Ciekawe czy zestaw z ciężarkiem na stałe zrobiłby tu swoje. Następnym razem to spróbujemy. Amur jak zawsze wziął nie w porę - zawsze jak mnie nie ma.


Około 11 podczas rozmowy delikatne branie na wędce z tajemniczą metodą przemienia się w metrowego amura! Przez 80 metrów holu wydaje się, że ciągnę jakąś kłodę, kawałek czegoś co było pod wodą. Przy brzegu wszystko staje się inne. Amur zabiera ze sobą dwa zestawy, które szybko udaje się odplątać. Hol trwa dobre 10 minut. W połowie, gdy zauważyliśmy, że walka z tą rybą będzie ciężka decydujemy na nagranie holu. Niestety, po chwili przy jednym z wielu odjazdów amura ten nagle uwalnia się z haka... Szkoda bo to była na prawdę ładna sztuka...


Równo o 13 odwiedza nas straszna burza! Nigdy takiej nie przeżyłem nad wodą, a moim zdaniem podczas zasiadek przeżyłem już na prawdę wiele... Decydujemy się na pozostawienie stanowiska i udanie się 50 metrów od niego do najbliższego domu. Miłe starsze małżeństwo przyjmuje nas pod dach. Przez około godzinę bicia piorunów we wszystko do około poznajemy historię miejscowości, w której właśnie jesteśmy. Na prawdę bardzo ciekawie opowiedziane dzieje Kobylan zostają w mojej głowie. Rozmowa nie omija również tematu naszego hobby. Po lekko ponad godzinie wszystko się uspokaja. Co jakiś czas słyszymy jeszcze grzmoty i widzimy błyskawice. Ulica przed domem zmieniła się w potok, a z górki przed naszym stanowiskiem spływają litry wody! Stanowisko jak i wędki na szczęście pozostaje nietknięte mimo kilku kontaktów błyskawic z okolicą naszego pobytu, co dało się usłyszeć chyba każdej osobie w Kobylanach.


Po burzy ryby bardzo powoli dochodzą do siebie. Około 17 wszystko wraca do normy. Moja metoda na amury przynosi mi w sumie około ośmiu odjazdów w ciągu niecałych ostatnich dwóch godzin! Niestety ryby spadają chwilę po zacięciu. Taktyka przynosi efekty, ale trzeba ją jeszcze udoskonalić. Ryby, które atakują taki zestaw kompletnie nie spodziewają się haczyka. Brania są na tyle spokojne ale przede wszystkim pewne, że z każdego odjazdu spokojnie zacinam rybę. Ta jednak po chwili spada... Udoskonalam więc zestawik i niedługo melduję się nad wodą.


Słowa podziękowania dla firm, które przyczyniły się do sukcesu tego dnia - firmie York, która wyposażyła mnie w sprzęt oraz firmie Feeder Bait, na której to przynętę wziął karpik. Łowiłem bowiem na wędkę York Devil Carp 2, kołowrotek Absolution 9000, a reszta zestawu składała się z produktów tej firmy (hak, plecionka przyponowa, żyłka główna, leadcor). Natomiast przynętą, która przyniosła sukces tego dnia była "Buba" rzeszowskiej firmy Feeder Bait. Wielkie dzięki dla tych firm!



Wyprawa podsuwa mi kolejne wnioski i pomysły, które mam nadzieję że udoskonalą moją amurową taktykę, a przy kolejnej zasiadce dadzą wspaniałe wyniki!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz