Nasze konkursy wspiera:

10 października 2018

Tym razem za Jasło!

21 sierpnia


Auto zostało zapakowane. Około godziny 16 wyruszamy w drogę. Do przejechania mamy 50 km. Celem wyprawy jest staw nr. 1 w Siepietnicy. Jest to łowisko „no kill” o powierzchni około 12 ha. Droga mija szybko i spokojnie, po około godzinie jazdy jesteśmy na miejscu. Wnoszę opłatę za dwie doby wędkowania i rozpoczynamy poszukiwanie stanowiska na łowisku, którego kompletnie nie znam! Z tego co słyszałem jedno z lepszych miejsc jest na cyplu, który widać z parkingu. Niestety, aby tam dotrzeć trzeba przejść w jedną stronę około kilometra… Aby przenieść całość sprzętu z auta potrzebuję około 5-6 rundek... Zniesienie wszystkiego zejdzie, więc naprawdę długo! Staw nr. 1 jest łowiskiem stworzonym głównie pod kątem karpiarzy, którzy jak wiadomo wożą nad wodę „tony” sprzętu. Dlaczego więc, mimo polnej dróżki wiodącej prawie do około łowiska istnieje zakaz wjazdu na nie samochodem? Można przecież pozwolić na przyjazd tylko w celu wypakowania sprzętu, a po tym pojazd wraca na parking. Auto zostawiam w wyznaczonym miejscu, z którego do wybranego przez nas fragmentu brzegu mam około 200 metrów. Rozpoczynamy przenoszenie sprzętu, co schodzi nam prawie 30 minut (przy odległości 200 metrów w jedną stronę, a nie kilometra jak byłoby to w przypadku wyboru cypelka)…

 
Miejsce, które wybraliśmy podoba mi się pod względem ukształtowania brzegu. Namiot rozkładamy na delikatnym wzniesieniu, a wędki zostają położone na stojaku, który znajdował się w delikatnym spadku terenu. Używam dłuższych, około 25-30 cm przyponów, na których jako przynętę zastosowałem kukurydzę i kulki. Pierwszy zestaw zakończyłem dwoma sztucznymi, pływającymi ziarenkami i jednym naturalnym. W miejscu jego położenia nęciłem wyłącznie kukurydzą. Drugi włos został „przyozdobiony” pomarańczowym, rybnym pop-up’em a do kompletu dołożyłem kulkę domowej roboty (wędzona makrela) wielkości 18 mm. Na owy zestaw wysypałem dwie łyżki zanętowego pelletu w wielkości 8 mm, kilka pokruszonych i kilkanaście całych kulek (zarówno domowych jak i kupnych). Zestawy wywoziłem łódką zanętową, przy okazji sondując dno (mieliśmy zbyt mało czasu na robienie tego oddzielnie). Drugi zestaw wywoziłem już w ciemnościach. Wielkiego wyboru nie miałem, ponieważ jak zauważyłem dno na odległości około 120 metrów od naszego stanowiska charakteryzowała głębokość od 0,8-1 m. Pierwszy zestaw położyłem w odległości około 70 metrów od naszego stanowiska (ten z kukurydzą na włosie), drugi z kulką popłynął ponad 100 metrów. Pozostało już tylko samemu uzupełnić kalorie i poczekać na rozwój wydarzeń… Z miejmy nadzieję rybą w tle!

 
Przez noc w bliskich okolicach brzegu następuje kilka spławów ryb, zresztą w dalszej odległości ryby też się spławiają. Może to znaczyć, że są w naszej okolicy – byłoby fajnie ;) Mimo, że staw leży w niedalekim sąsiedztwie Drogi Krajowej to w nocy panuje tutaj cisza – w okolicach godziny 4 dał się usłyszeć przejeżdżający i trąbiący pociąg. Ryby niestety nie przynoszą nam zbytnich powodów do zadowolenia. Kilka delikatnych podciągnięć, które powodowały według miejscowych małe leszczyki lubiące podskubywać karpiowe przynęty. Rankiem okazało się to prawdą. Podczas „podskoków” swingera wykonuję zacięcie. Rybę przyciąga do brzegu dziewczyna, a okazuje się nią być niewielki leszczyk – miał może 20 cm długości! Całą noc ryby delikatnie podskubywały przynęty, a wyciągnięty chwilę później zestaw z kulką wyglądał strasznie – kulki były całe „wydziobane” przez drobne ryby (zostały już z nich tylko niewielkie „kuleczki”).

 
Delikatnie wiejący wietrzyk marszczy taflę wody. Dzień mija bardzo spokojnie i upalnie, bardzo upalnie. Prognoza pogody na telefonie wskazuje nawet 28*C co daje się odczuć będąc w zasięgu promieni słońca, które potrafiło przez kilkanaście minut zaczerwienić skórę. Malutkie chmurki pojawiają się na pięknym, jasnoniebieskim niebie. Wędkarsko dzień nie był jednak udany. Złowiliśmy dodatkowo jednego leszcza, który połakomił się na „bałwanka” z kulek 18 i 12 mm. Sama ryba miała może z 20 cm długości… Przez ten dzień udało mi się „wykryć” kilka podwodnych zawad, na których straciłem dwa zestawy. Mniej więcej w odległości 130-140 metrów od naszego brzegu na środku zbiornika znajduje się stare pasmo drzew – według miejscowych pozostały w wodzie jedynie ich konary.


Około godziny 16 według namowy jednego z miejscowych wędkarzy postanawiam wywieźć zestaw we wskazane przez niego miejsce, na odległość około 300 metrów od stanowiska. W bój poszła gotowana kukurydza, która moim zdaniem jest najlepszym rozwiązaniem na upalną pogodę. Pierwsze efekty przychodzą szybko, bo około 30 minut później na wywiezionej w owe miejsce wędce następuje bardzo, ale to bardzo powolny odjazd. Gdy ryba naprawdę powoli zaczęła wybierać linkę z kołowrotka, zacinam. Czuć jakiś ciężar, wędkę oddaję dziewczynie, aby to ona przyciągnęła zdobycz do brzegu. Tajemnicza ryba walczy bardzo dziwnie, można wręcz rzec, że nie walczy w ogóle! Ciągniemy martwy ciężar, czyżby to amur!? Mamy taką nadzieję. Przyciągamy kolejne metry żyłki, ryba jest coraz bliżej. Ta wciąż nie daje znaku, że znajduje się po drugiej stronie zestawu. Przez chwilę myślimy nawet, że ciągniemy jakiś zaczep, być może kawałek gałęzi itp. „To coś” przepływa ponad pasem zaczepów znajdujących się delikatnie ponad 100 metrów od nas. Nie obciera się o żadną zawadę. Po może dwóch minutach zestaw jest już prawie przy brzegu. Po chwili przy powierzchni pokazuje się karp, który nie wykłada się, lecz zachowując równowagę, delikatnie ruszając ogonem zmierza w stronę podbieraka. Sam „pakuje” się do siatki… Ryba znajduje się w kołysce. Waga wskazuje 8,81 kg. Karp, piękny jak na pierwszą złowioną na tym łowisku rybę w wodzie nie wykazywał chęci do walki, ale za to na brzegu ciężko było wykonać z nim jakiekolwiek zdjęcie! Prawdziwy wojownik! Po udanej próbie zrobienia fotki ryba zostaje wypuszczona przez moją dziewczynę.


Przygotowujemy wędki do kolejnej nocy. Przynęty na zestawach pozostają niezmienne (kukurydza i „bałwanek”). Wędkę z kukurydzą postanawiam umieścić około 10 metrów od brzegu, w lewo od naszego stanowiska, w okolicy porośniętego brzegu. Być może, jeśli nie ze środka zbiornika to z okolic brzegu nastąpi branie? Drugi zestaw zostaje położony około 100 metrów od naszego stanowiska. Przygotowane, zanęcone! Pozostaje czekać!

Mija kilka godzin, po których następuje bardzo, bardzo delikatny i powolnym odjazd na wędce położonej z dala od brzegu. Zacinam i czuję jakbym zaczepił haczykiem o betonowy mur. Przez dosłownie ułamek sekundy było czuć rybę, ale teraz czuję opór, którego nie potrafię ruszyć z miejsca. Czyżby zaczep? Z wędką podniesioną do góry czekam około 20 minut. W tym czasie nie wyczułem żadnego ruchu ryby, co jest niemożliwe w przypadku, gdyby ta była na haku… Zestaw prawdopodobnie trafił na jakiś „twardy” zaczep. Przykręcam, więc hamulec w kołowrotku na maxa, zostawiam sobie około 15 metrów luźnej żyłki na brzegu, obwijam rękę ręcznikiem… Nawinięta na rękę żyłka urywa się po kilku mocniejszych podciągnięciach.


Po związaniu nowego zestawu i jego wywiezieniu należy iść odpocząć, przecież dzień na rybach nie należy do najlżejszych! Noc jest spokojna, brakuje brań i jakichkolwiek spławów. Ryby chyba odpoczywają po ciężkim dniu, który spędziły w wodzie o temperaturze 27*C! No cóż, płytki staw nagrzewa się szybko…

Do rana nie mamy żadnych brań. Około godziny 9 podczas śniadania następują delikatne podciągnięcia na wędce z kulką na włosie. Po zacięciu na brzegu ląduje malutki leszczyk…
Do końca dnie nie dzieje się nic wartego uwagi. Kończymy zasiadkę i wracamy do domu!


Kamil Skwara

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz