Nasze konkursy wspiera:

24 listopada 2018

Między wzgórzami, a Sanem


Dzień po moich dwudziestych urodzinach wybieram się na krótką, dobową zasiadkę na łowisko w Krzemiennej. Trudna woda, z mocno zarośniętym rogatką dnem. Mocne, waleczne i duże ryby. W wodzie pływa sporo „niespodzianek”. Okolica cudowna – akwen otoczony wzgórzami i rzeką San. Do tego woda, woda która przyciąga mnie swoimi tajemnicami. Łowione są tutaj ponad dwudziestokilogramowe tołpygi, sumy, które są niespodzianką podczas karpiowych zasiadek, aż w końcu waleczne karpie, które często przekraczają granicę 10 kg.

 











8 września biorę na celownik zatoczkę znajdującą się po prawej stronie od głównego wjazdu na łowisko. Jest to mocniej zarośnięte miejsce, charakteryzujące się głębokością od 1,5 do 3,5 metra. Po rozpakowaniu samochodu ze sprzętu, rozbiciu namiotu i przygotowaniu zestawów przystępuję do sondowania miejscówki. Dzięki Deeperowi namierzam kilka interesujących mnie miejsc, które były wolne lub delikatnie porośnięte gęsto występującą tutaj rogatką. Dwa z wybranych przeze mnie miejsc charakteryzowały się głębokością około 2,5 metra. Miejscówka była praktycznie wolna od podwodnej zieleni. Tego niestety nie można powiedzieć o fragmencie wody, gdzie położyłem trzeci zestaw. Podwodna górka na głębokości 1,8 metra porośnięta w całości moczarką. Zestaw na szczęście udało się położyć w miejscu, gdzie rogatki nie było zbyt wiele. Górkę „zasypałem” kukurydzą, a na włos trafiły tutaj dwa sztuczne ziarenka Nat Baits od Yorka oraz standardowo jedno ziarno gotowanego ziarna. Dwa pozostałe zestawy to bałwanki z kulek 20 lub 16 mm połączone z połówką pop’upa 16 mm. Jeden komplet przynęt na słodko – drugi rybny. Okolica została zanęcona drobnym i grubszym pelletem oraz garścią kulek, które znajdowały się na włosie przyponów.


Weekend w tej okolicy niestety nie należy do najcichszych. Zabawa, śpiewy i wrzaski dobiegające z pobliskich domków letniskowych towarzyszą mi do godziny 1… Przynajmniej było, czego posłuchać i z czego się pośmiać! Aczkolwiek cisza sprzyjałaby mi pod względem wędkarskim… I sami powiedźcie, co byłoby lepsze? Przez noc miałem mega ogromne branie na kukurydzę… przez skradającą się i wykradającą ziarna mysz! Postanowiłem zostać jej przyjacielem i na pobliskim pomoście rozsypałem jej trzy łyżki kukurydzy, a dwie godziny później nie zostało już ani jedno ziarenko! Ta to miała pracowitą noc…


Moja praca związana z wędkami rozpoczyna się dopiero z samego rana. Chwilę po godzinie 7 następuje branie na zestawie z kukurydzą. Podbiegam, podnoszę wędkę i czuję zdenerwowaną, walczącą rybę. Po kilkunastu sekundach holu ta wpływa w podwodne zielsko. Próby „zachęcenia” jej do opuszczenia ukrycia przynoszą pozytywny skutek i już po chwili walczę z rybą na wydawać by się mogło „otwartej przestrzeni”. Co jakiś czas czuję, że linka obciera się o podwodne rośliny. Mija kilka minut i karp znajduje się już przy pomoście, z którego holuję rybę. Na głębokości około 1,5 metra widać cała sylwetkę walczącego potwora – pierwsza klasa czystości wody robi tutaj niesamowite wrażenie. Po upłynięciu drobnej chwili ryba znajduje się w podbieraku. Przenoszę ją do kołyski, w której uzupełniam wodę do tego stopnia, aby karp był cały zanurzony. W tym momencie następuje branie na zestaw ze „słodką” kulką. Podbiegam najszybciej jak tylko mogę na pomost gdzie rozłożone są wędki. Podnoszę kij do góry i czuję opór, potwornie mocny opór. Ryba rusza w lewo, w stronę głębszej i bardziej zarośniętej wody. Po kilku sekundach czuję jak coś obciera się o żyłkę, a po krótkiej chwili wyczuwam luz… Ryba okazała się sprytniejsza, przetarła żyłkę! Linka jest chropowata, postrzępiona – spotkała się niestety z czymś co ją uszkodziło. Nie pozostaje mi nic innego jak przyznać rybie to, że tym razem okazała się lepsza i silniejsza. Tuż po tym udaję się do karpia, który znajduje się w kołysce Sakany. Po zważeniu okazuje się, że ryba ma 8,81 kg. Wykonuję kilka zdjęć i zwracam wolność swojemu nowemu koledze. Rybka odpływa, a ja zajmuję się ponownym wywiezieniem dwóch zestawów.


Odpoczynek nad wodą należy doceniać nawet, gdy pogoda nie jest najlepsza. Tego niedzielnego dnia raz padał deszcz, raz świeciło słońce, a od czasu do czasu dawał się odczuć mocniej wiejący wiatr. Najlepsze, co spotkało mnie tego dnia nad wodą to widok przepływającej niedaleko brzegu tołpygi! Nie była ogromna, ale z jaką gracją przepłynęła około 5 metrów od pomostu...

Po kilkunastu minutach w okolicy mojego stanowiska dają się dostrzec ślady aktywności tej właśnie ryby. Kilkadziesiąt minut później coś zainteresowało się zestawem z kulką domowej produkcji podwieszoną pop’upem. Gwałtowny odjazd - jakiego chyba jeszcze nie wiedziałem w swoim wędkarskim życiu - kwituję podniesieniem wędki. Ryba jest na tyle mocna, że nie udaje mi się jej podnieść całkowicie w górę. Kołowrotek Sea Fighter od Yorka pięknie gra swą melodię, przy okazji oddając żyłkę. Ryba jest naprawdę mocna, praktycznie nie zatrzymuje się. Nagle pojawia się pod powierzchnią wody, skąd po wykonaniu jednego ruchu kieruje się do dna. Wciąż to ona stawia warunki walki… Po pewnym czasie niestety gubi haczyk… Tak po prostu, podczas walki… Linka była cały czas napięta, zestaw wytrzymał… Co więc mogło się stać? Chyba po prostu kolejna ryba była mądrzejsza ode mnie…


Takim właśnie akcentem kończę moją „pourodzinową” zasiadkę i spakowany, w godzinach wieczornych wracam do domu!



Pozdrawiam – Kamil Skwara

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz