Nasze konkursy wspiera:

16 czerwca 2019

Jedziemy na zawody - "Puchar Lontiko"!


Już w lutym tego roku wraz z kolegą Kubą postanowiliśmy zapisać się na zawody karpiowe, które były organizowane na jednym z podkarpackich łowisk. Mianowicie chodziło tutaj o łowisko „Zgoda”, które myślę że większości z czytających ten artykuł jest znane. My sami na tej wodzie nie gościliśmy nigdy, więc była to dla nas taka mała niespodzianka. Przed zawodami otrzymywaliśmy informacje o tym, żeby zabrać ze sobą nawet dwa komplety akumulatorów do łódek, bo w łowisku występuje ogromna ilość leszcza i co jakiś czas potrzebne będzie wywożenie zestawów poprzez właśnie ten gatunek ryby. Odradzano nam także nęcenie ziarnem. Nasi „informatorzy” wspominali też o znacznych różnicach głębokości występujących na tym łowisku…


16 maja po godzinie 6 wyjeżdżamy z domu. Nasza trasa obejmuje 110 km… Na miejscu jesteśmy około godziny 8:30. Na miejscu spotykamy dwa teamy wędkarzy, którzy brali udział również w organizowanych przeze mnie zawodach – jedna drużyna utrzymywała z nami bardzo dobry kontakt przez całe zawody, druga natomiast nie przywitała się z nami przez kolejne calutkie cztery dni rywalizacji, a powodem było jej wykluczenie z naszych imprez z wiadomych powodów!

W końcu przyszedł czas losowania. Nasza drużyna losowała praktycznie na samym końcu. Celem dla nas było stanowisko nr. 11 ale jak się później okazało wylosowaliśmy „dwunastkę”. Podczas rozkładania sprzętu słyszeliśmy wiele zdań na temat tego stanowiska i większość z nich była bardzo pozytywna… Pozostało tylko poczekać i sprawdzić jak wyjdzie to w praktyce! Rozłożenie sprzętu, zmontowanie zestawów i przygotowanie stanowiska zabiera nam dość dużo czasu. Na wodę wypływamy praktycznie, jako ostatni. Dzięki Deeperowi szybko znajdujemy interesujące nas miejscówki. Nasze cztery zestawy decydujemy się postawić na głębokości od 2 do 4 metrów. Dwa metry to najpłytsze miejsce jakie udało nam się znaleźć w obrębie naszego stanowiska. Głębokość czterech metrów znaleźliśmy z kolei mniej więcej w odległości 30 i może 100 metrów od nas. Trafiły tam dwa zestawy. Trzeci jak wspomniałem wcześniej znajdował się na dwóch metrach głębokości. Czwarty natomiast znalazł swoje miejsce w malutkiej zatoczce znajdującej się po naszej lewej stronie. Miejscówka była porośnięta najróżniejszymi podwodnymi roślinami. Postanowiliśmy, że i tutaj nasz zestaw będzie kusił ryby do brania!



Pierwsze branie następuje po upływie niecałych dwóch godzinek wędkowania. Coś zainteresowało się przynętą znajdującą się pod przeciwnym brzegiem. Na włosie znajdowały się tam owocowe smakołyki. Branie początkowo było bardzo niepewne, ale już chwilę później ryba delikatnie wybierała linkę z kołowrotek leżącego jeszcze wraz z wędką na podzie. Podnoszę kij w górę i czuję ciężar walczącej ryby. Nie wydaje się ona być potworem, ale mamy nikłe nadzieje na to, że będzie to pierwszy karp! Pierwszy w naszym zespole, pierwszy w zawodach! Hol przebiega bezproblemowo, ryba z ogromnym trudem próbuje uciekać, co się jej kompletnie nie udaje. Po czasie w okolicy brzegu dostrzegamy niestety ładnego… leszcza! Podczas normalnej zasiadki myślę, że taka ryba dałaby mi radość, bo ważyła ona na pewno ponad dwa kilogramy! Jednak z racji, że jesteśmy na zawodach postanawiamy nie ważyć zdobyczy, szybko ją wypuścić i przystąpić do dalszego wędkowania, czyli wywózki „leszczowego” zestawu!


Tego dnia do samego wieczora nie dzieje się nic nadzwyczajnego, wartego opisania. W zasadzie to sama noc była nudna, bardzo… Nie zanotowaliśmy ani jednego piknięcia… Najlepsze w tym wszystkim było bowiem to, że całe łowisko nie miało żadnego karpiowego brania… Dziwne…


Tuż przed zawodami uzupełniłem braki w swoim asortymencie produktami Yorka, z czego myślę, że najważniejszą pozycją zakupu był rod pod SBE152, który miał przejść „chrzest bojowy” właśnie podczas tej zasiadki.


Rankiem zastaje nas wręcz letnia pogoda. Wiatru jakby nie było, liście na drzewach są nieruchome. Na niebie, co jakiś czas przewijają się jedynie drobne chmurki, z których to jak na razie nie zapowiada się, aby popadało. A samo słońce… samo słońce pozwala nam na wyrobienie całkiem fajnej opalenizny. Dzień mija nam na poszukiwaniu cienia, o który było bardzo ciężko, w prawdzie mieliśmy niedaleko siebie kilka drzew i większych krzewów, ale w okolicy większości z nich roiło się od mrówek, które w mig obchodziły wszystko, co znalazło się w ich pobliżu! Podczas kolejnego dnia spędzonego na zbiorniku „Zgoda” nie notujemy karpiowego wyjazdu! Pod sam wieczór, przed nadejściem deszczu udaje mi się złowić kolejnego, całkiem ładnego pod względem kilogramów leszcza… Nastaje noc …

Mimo nadziei na karpiowe branie, które towarzyszyły nam całą noc rano budzimy się z delikatnym rozczarowaniem… Cisza, cisza, cisza… W nocy nie odnotowujemy ani jednego „pika”. Wszystkie drużyny nadal pozostają bez punktowanej zdobyczy. W prawdzie chodziły słuchy o zrywkach karpi, które spinały się i tuż przy brzegu i po krótkiej chwili holu, ale ile było w tym prawdy… W każdym bądź razie żadna ryba nie zameldowała się na brzegu. W okolicy południa mój kompan z teamu – Kuba – zacina rybę, która w zasadzie stara się walczyć, ale za bardzo jej to nie wychodzi. Okazuje się być nią leszcz, oczywiście całkiem przyzwoitych rozmiarów… Ale to ciągle leszcz… Wypuszczamy więc rybę z powrotem do wody i wywozimy zestaw.


Wieczorem następuje delikatna zmiana taktyki – przynęt oraz metody nęcenia. Każdy z zestawów wywozimy na nowo, nęcimy, dodatkowo sondując za pomocą Deepera przypiętego do pontonu - sprawdzamy, co czeka na nas na dnie akwenu. Okazało się, że ryby, które jeszcze chwilę temu znajdowały się w toni zeszły delikatnie w stronę dna. Wcześniej, bowiem nawet zig-rig nie przyniósł efektów…


Po około godzince, jeden z moich zestawów pokazuje, że warto kombinować. Delikatny, bardzo spokojny „odjazd” kwituję podniesieniem wędki, ale następuje cisza… Nie ma nic, luźna linka… Z wody wyciągam jedynie zestaw z przynętą… Co poszło nie tak? Czyżby na zestaw „porwał się” jakiś leszcz? Karp raczej na pewno sam wbiłby sobie hak w pyszczek… Co więc poszło nie tak?

Chwilę po tym braniu przychodzi do nas ulewny deszcz… W oddali dają się dostrzec pioruny. Padać zaczęło naprawdę konkretnie. Temperatura powietrza zmieniła się bardzo szybko, a najważniejsze dla nas jest to, że nie było już tak duszno, a w końcu było czym oddychać! Podczas burzy z namiotu wyciąga nas gwałtowny odjazd na jednej z wędek Kuby! Ten podnosi kij i… Mamy go! Jest! Wędka ładnie pracuje, ugina się… Mamy go, mamy! Tyle czekaliśmy na ten moment. Ryba wybiera żyłkę, nie daje się zatrzymać. Oj ile było radości, ile uśmiechu na naszych twarzach! Po czasie staje się jednak coś, czego nie wyobrażaliśmy sobie nawet w najgorszych koszmarach – na kiju robi się luz, ryba spadła… Krąży nad nami jakiś pech… Woda jest dla nas zaczarowana… Ehhh, takie jest nasze hobby – nie zawsze wszystko się udaje, a najgorzej jest w tych ważnych momentach… No nic, zapominamy o tym i łowimy dalej! Zestaw ląduje do wody!


Samym wieczorem stanowisko po naszej lewej stronie po naprawdę długim holu „wyciąga” rybę ważącą 20,36 kg. Była to pierwsza i największa jak do tej pory ryba zawodów… Chwilę po jej zważeniu nastaje noc, a my pozostajemy wciąż z nadziejami na to jedno, jedyne branie, które ciągle może naprawdę dużo zmienić. Zasypiamy, więc z nadziejami na nastanie lepszych godzin, z nadziejami na to, że nasze centralki w końcu coś „zagrają”…


Rano, chwilkę po wyjściu z namiotu coś zainteresowało się zestawem położonym w zatoce, niedaleko naszego brzegu. Niestety już po samym braniu było widać, jaka będzie to ryba… Kolega zacina leszcza, którego szybko wypinamy tuż przy samym brzegu… Pozostaje jeszcze kilka godzin nikłych nadziei na złowienie, czegokolwiek co byłoby punktowane…

Chwilę później okazuje się, że stanowisko z ostatnim numerkiem w ciągu nocy złowiło dwa karpie – 11,94 i 13,24 kg co daje owej drużynie 1 miejsce. Dosłownie na 10 minut przed zakończeniem zawodów drużyna ze stanowiska 13 łowi karpia ważącego niespełna 7 kg…

Wyjeżdżamy z zawodów z zerowym wynikiem, jednak z nauczką na przyszłość. Czasami warto pokombinować, a nawet tak drobne niuanse, jakie podczas tych zawodów zmieniliśmy w naszych zestawach potrafią zadecydować o braniu ryby!



Pozdrawiam - Kamil

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz