Nasze konkursy wspiera:

22 stycznia 2016

Pstrągi w sierpniu - Dzikusy pod koniec sezonu

28 sierpnia 2014, pod koniec wakacji pewnego dnia do południa nie miałem co robić. Zapowiadały się dwie godziny szybkiego wyjścia na ryby na rzekę Iwonkę w Miejscu Piastowym. Wziąłem rower, spinning i kilka pudełeczek z przynętami do plecaka nie wiedząc, że czekają mnie pstrągi w sierpniu. Postanowiłem "na szybko" obłowić jedną ciekawą głębinę i tak zwaną przeze mnie eskę ("S"). Napisałem literkę "s" w nawiasie, po to aby pokazać jak wygląda Iwonka w tym miejscu. Ten odcinek ma po prostu kształt litery "S" i przy takim tłumaczeniu pozostańmy :) Miejscówkę, którą odwiedziłem jako pierwszą był głęboki, około piętnastometrowy (na długość) odcinek Iwonki. Wykonałem tam około 50 rzutów błystką obrotową, woblerem i mini obrotówką, ale te zabiegi nic nie przyniosły.
"S" - głęboka jak zawsze. Spokojna jak zawsze. Ale już w pierwszym rzucie poczułem charakterystyczne dla brań pstrągów potokowych puknięcie w ściąganą powoli obrotówkę. Kolejne rzuty w miejsce wcześniejszego brania nie przyniosły skutków. Postanowiłem zrobić kilka kroków w górę rzeki. Tym razem z większej odległości. I po krótkim podciągnięciu blaszki do siebie nastąpiło branie. Pstrąg zaatakował przynętę w miejscu, w którym wcześniej stałem. Dobrze, że zrobiłem kilka kroków w gorę rzeki. Ryba walczyła dzielnie. Razy wyskoczyła z wody. Po krótkiej walce udało się podebrać ręką prawie 30-cm pstrąga potokowego. Tego dnia nie doczekałem się większej ilości brań.
                 


29 sierpnia po prostu musiałem iść pospacerować wodą z wędką. Pstrąg, którego złowiłem dzień wcześniej na rzece Iwonce tylko mnie "nakręcił" i dał do myślenia, że na Lubatówce może być tylko lepiej. Właśnie na niej zawsze pływało więcej pstrągów. Ubrałem gumowce i zszedłem do wody tuż za domem. Pierwszy raz tego dnia przynętę zarzuciłem przy ujściu Iwonki do Lubatówki (czyli jakieś 15 metrów wyżej mojego domu). Już podczas pierwszego prowadzenia moja błystka została zaatakowana przez jakiegoś podwodnego zbója. Udało się go zaciąć. Ale nie za dobrze. Przy pierwszym wyskoku z wody pstrąg uwolnił się. Postanowiłem na tym nie spocząć i spróbować sprowokować w tym miejscu jeszcze jakąś rybę. I w końcu zostało to wynagrodzone podobnej wielkości (do tego zerwanego) pstrągiem. Szybkie zdjęcie i ryba odpływa w zwisające do wody korzenie skąd wypłynęła i zaatakowała moją blaszkę. Następnym miejscem jakie odwiedziłem było z pozoru płytkie (tak też było - niecałe 0,5 m) miejsce, które charakteryzowało się lekkim nurtem. Z tamtej kryjówki udało się sprowokować do brania pstrąga, który niestety się zerwał. Kawałek wyżej przy próbie podebrania zrywam znów pstrąga, wielkości jego poprzedników.
Następną rybę udało się sfotografować przy skarpie nr. 3 (idąc w górę rzeki od mojego domu była to trzecia w kolejności). Wcześniej miałem jeszcze branie przy skarpie nr. 1. Ale to było tylko lekkie puknięcie. Pstrąg z trójki (skarpa nr. 3 - takie przypomnienie :) ) był wielkości pozostałych, tych zerwanych i tego jednego, którego udało się wyciągnąć na brzeg. Również wrócił do wody i już pewnie teraz, gdy ja piszę ten wpis przystępuje do tarła. Wyżej od tego miejsca miałem jeszcze kilka kontaktów z rybami, ale nic znich nie wyszło. Postanowiłem jutro również udać się na taki sam spacer - w te same miejsca. A wieczorem postanowiłem zejść kawałek w dół rzeki.

O 16:30 zszedłem również koło swojego domu do wody. Po zrobieniu kilku kroków brodząc zobaczyłem raka. Zrobiłem mu zdjęcie i zostawiłem w spokoju - wolałem się zająć szukaniem pstrągów. Aż do głębokiej wody (1,5 m), bo wcześniej była trochę płytsza (maksymalnie jeden metr) nie miałem kontaktu z rybą. Widać, że w tej rzece najwięcej ryb kryje się w najgłębszych miejscach. Do tego te miejsca są trudno dostępne. Zazwyczaj są to okolice dużych i małych skarp, z których lubię się ześlizgiwać na dół (jeśli jest taka możliwość), a później wspinać się na górę lub po prostu zejść do wody i iść z wędką dalej, w poszukiwaniu nowych miejsc. Zazwyczaj jest jednak tak, że nie ześlizguję się ze skarpy, żeby dotrzeć na dół, tylko schodzę kawałek przed skarpą do wody, idę kolejne kilka metrów wodą i szukam przejścia na skarpę po drugiej - tej łagodniejszej - stronie skarpy. Zazwyczaj są to miejsca zarośnięte. Czasami przedzieram się przez trawę mojego wzrostu (około 170 cm!). Ale takie przedzieranie się przez dżunglę zazwyczaj wynagradza skaczący i tańczący w wodzie i pod wodą pstrąg. Tego dnia wieczorem przy jednej, dużej skarpie złowiłem dwa klenie - 35 i około 15 cm oraz dwa potokowce. Trochę niżej skarpy, w miejscu gdzie głęboka woda przekształcała się w szybciej płynącą rzeczkę o głębokości około 50 cm, z nurtu w drugiej próbie udało mi się wyciągnąć pstrąga. Bardzo dzikiego, który nie odpuszczał żadnej przynęcie. Po pierwszym rzucie pokazał się - wypłynął z nurtu. Blaszkę zaatakował dosłownie przy moich kaloszach. Jeśli podejdzie się do miejscówki dyskretnie, widać że jest możliwość, żeby nie wystraszyć ryb. Po wciągnięciu blaszki i przygotowaniu jej do kolejnego rzutu przy otwartym kabłąku kołowrotka ugryzł mnie komar. Błystka wpadła do wody. Zgoniłem z siebie komara i w tym samym momencie zauważyłem, że wpadającą do wody blaszkę zaatakował pstrąg! I to całkiem duży. Ale niestety z powodu zbyt dużej ilości żyłki, która uwolniła się z kołowrotka ryba zdążyła pozbyć się kotwiczki. Przy kolejnym rzucie pstrąg agresywnie zaatakował moją przynętę. Podczas holu ryba wyskakuje z wody i próbowała przepłynąć wodę, przez którą gdy "płynęła" (a właściwie leżała na dnie) wystawała jej 1/3 wysokości ciała! Pstrąg próbował przepłynąć przez wodę, która go nie pokrywała. Wykorzystałem ten moment i złapałem rybę do ręki. Na oko, co pokazuje zdjęcie (łatwo rozróżnić tego pstrąga spośród innych - był po prostu dużo większy, nie była to "trzydziestka" tak jak poprzednie) miał koło 40 cm. Jakieś 150 metrów niżej miałem jeden kontakt z rybą, z którego nic
nie wynikło.
            

Dzień na plus, wieczorem zerwało się dużo mniej ryb niż rano - parę brań jeszcze nie wykorzystałem! - Bardzo udany dzień.
Następnego dnia udało mi się złowić pięć pstrągów. Wykorzystałem wiedzę, gdzie dzień wcześniej przebywały ryby. Wykorzystałem to i z każdego takiego miejsca (plus z jednej skarpy, na którą dzień wcześnie nie udało mi się dostać) złowiłem właśnie kilka tych pstrągów. Ten dzień skończyłem z wynikiem 5:2 dla mnie. W końcu pokonałem "dzikusy z Lubatówki".
31 sierpnia złowiłem dwa pstrągi i małego klenia - oczywiście w okolicach największej skarpy w Miejscu Piastowym.
                 
Szkoda, że dopiero pod koniec sezonu przypomniałem sobie o rzekach, które mam praktycznie pod domem. Gdybym poświęcił im więcej czasu w tym roku na pewno udało by się złowić pstrągi w sierpniu o wymiarach ponad 40 cm. Taka ryba na tak małych rzekach nie jest częstą zdobyczą, ale wierzę w to, że na pewno gdzieś tam pływa.
Czemu nie wędkowałem tam częściej? Nie wiem, może dlatego, że rok temu udało mi się złowić tylko jednego, małego pstrąga? Po prostu więcej ich nie było... a może były takie ostrożne? Może coś źle robiłem?
Dwa lata temu wraz z kolegami łowiliśmy ich tam sporo. I niektóre z nich były na prawdę duże.
W tym roku wędkowałem tylko na tych rzekach w lutym i w maju... Na następny sezon, nawet gdy nie będę miał dobrych wyników nie odpuszczę tym rzekom, bo jak się przekonałem w tym roku, przyroda potrafi się szybko odrodzić!




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz