25 czerwca 2017

Na Kobylany czas!

Ostatni dzień maja poświęciłem na dobowa zasiadkę nad zbiornikiem w Kobylanach. Potrwała ona do pierwszego dnia czerwca, do godzin popołudniowych. We środę około godziny 12 w trzy osoby pojawiamy się nad wodą. Był to wyjazd firmowy, więc bardziej rekreacyjny, lecz o wyniki również należało powalczyć!


Po rozłożeniu obozu nastał czas na wywózkę. Za pomocą łódki wiosłowej umieszczamy zestawy w interesujących nas miejscach. Koledzy łowią na dwie wędki, ja na trzy. W sumie siedem kijów w wodzie. W ciągu doby powinien, zatem paść zadowalający każdego wynik. Pierwszy ze swoich zestawów położyłem w dołku przy mnichu odprowadzającym wodę. Na haku była tam kulka morwa-łosoś firmy Nano Baits podwieszona pomarańczową 12-mm kulą o zapachu tuńczyka. Całość (zanęta oraz przynęty) dodatkowo zostały zalane w olejku rybnym. Drugi zestaw położyłem tuż obok trzcin. Na włosie wisiała tam kulka zielony groszek Nano Baits. Trzecia wędka według moich wcześniejszych planów ustawiona została w kolejnym dołku, a za przynętę posłużyła połowa kulki białe konopie oraz pop'up truskawka-ryba.


W okolicach godziny 15:00 mam pierwsze branie. Podbiegam do wędki umieszczonej pod mnichem i zacinam. Hol trwa. Ryba chodzi przy dnie, co jakiś czas mocniej rusza w wybranym przez siebie kierunku. Po charakterze walki czuję, że nie jest to karp. Amur raczej też nie. Do końca zżera nas ciekawość, co to takiego. Przy brzegu przez dobre dwie minuty ryba pływa tylko i wyłącznie w okolicach dna. Po krótkim czasie udaje się ją poderwać do góry. Smukłe, szarawe ciało - jesiotr! Nastąpiły dwa, może trzy odjazdy przed podbierakiem i w końcu jest! Rybka na brzegu.


Kilka zdjęć i do wody! Z racji, że na oko rybie daję 5 kg wagi i długość około metra, jesiotr odpływa bez zbędnego przetrzymywania go na brzegu. Przygotowuje identyczny, śmierdzący zestaw i całość wywożę w to samo miejsce. Świeża przynęta czeka na wygłodniałe rybki! A długo nie czeka, bo już chwilę później z okolic mnicha notuję odjazd, zacinam i niestety ryba spada po kilku sekundach... Zdarza się i tak, trzeba zacząć całą robotę od nowa.

Nastaje godzina 20:00 a wraz z nią branie na wędce umieszczonej po lewej stronie. Zacinam i jest! Coś skusiło się na zapach białego konopia i pop'upa. Ryba zaczyna walczyć od samego początku. W ogóle nie odpuszcza. Ciężko jest ją odciągnąć od dna. Hol wygląda następująco: ja "wypompuję" około metra linki, a ryba podczas „odjazdu” zabierze półtorej metra... Sytuacja taka na szczęście nie utrzymuje się zbyt długo. Po czasie ryba traci siły, a ja powoli przyciągam ją do brzegu. Kilkanaście sekund walki tuż przy dnie, aż nagle naszym oczom ukazuje się pyszczek suma! Ryba dotyka podbierak i odjeżdża na kilka metrów przed nas. Przyciągam rybę z powrotem do brzegu, a kolejna próba podebrania kończy się sukcesem! Z sumem obchodzimy się nadzwyczaj ostrożnie (zresztą jak z każdą inną rybą) mając na uwadze jej obecny okres ochronny. Szybkie odkażenie rany, pomiary i zdjęcia. Sum mierzył 104 cm i ważył 9 kg. Jak na suma to jeszcze młodzieniec, ale jeszcze całe życie przed nim!


W nocy dominują delikatne podciągnięcia, niemrawe brania. Jeden jedyny, nocny odjazd kończy się pustym zacięciem na wędce kolegi. Pozostaje, więc wyspać się i poczekać do rana...


Wczesnym rankiem - korzystając z nabytego na łowisku doświadczenia - postanawiam wyciągnąć wędkę leżącą obok mnicha. Na włos zakładam kukurydzę. Zawsze między godziną 6 - 9 w tych okolicach kręcą się amury. Dwie pływające kukurydzki Yorka oraz jedno ziarno przygotowane w domu trafia na włos. Okolicę podsypałem również przygotowaną w domu kukurydzą. Niecałe dwadzieścia minut po wywiezieniu zestawu mam pierwsze branie. Jest ono jednak zbyt delikatne, aby zaciąć, a ryba najwyraźniej sama nie ukłuła się hakiem. Po chwili bez brania wyciągam zestaw i zmieniam przynęty na świeże (na włosie oczywiście została tylko gumowa kukurydza, a reszta została zdjęta...). 5 minut po wywózce mam kolejne branie. Tym razem sygnalizator delikatnie powędrował w górę i zatrzymał się. Tego dnia amury były mądrzejsze ode mnie...


Nie były jednak mądrzejsze od kolegi, który na słodko-owocowe kulki zacina ładną torpedę. Ryba walczy do samego końca, kilka razy uciekając przed podbierakiem. Pierwsza próba podebrania kończy się wyskokiem amura z siatki (!). Natomiast druga uwieńczona zostaje naszym sukcesem! Pięknie! Ryba ważyła 7 lub 9 kg (jej waga wypadła mi z głowy). Po krótkiej sesji natychmiast odpływa!


Słońce coraz to śmielej wschodzi ponad nasze głowy przynosząc tym samym coraz to wyższą temperaturę. Co jakiś czas na dłuższą chwilę zasłaniają je chmury. Wiatr - raz słabszy, raz mocniejszy - staje się naszym towarzyszem.


Koledzy około godziny 12 kończą wędkowanie. Ja postanawiam zostać jeszcze na kilka godzin i spróbować się zmierzyć z karpiami łowionymi na skórkę chleba. Słońce na szczęście zaczęło coraz to mocniej świecić, a ryby kierowały się w zatoczkę, gdzie wygrzewają się i gdzie czeka na nie kawałek pieczywa. Po kilkudziesięciu minutach cierpliwość zostaje wynagrodzona. Okolicę gdzie pływała przynęta i kula wodna zaczął okrążać jakiś karp! Po kilku sekundach następuje chlupot - karp zgarnia pod wodę kawałek chleba. Zaczyna powoli odpływać, o czym świadczy uciekająca z tafli wody linka. Zacinam! Karp wyskakuje nad wodę (!). Już w tym momencie wiedziałem, że hol będzie bardzo ciekawy. Ryba wie gdzie się ukryć - łowiłem wśród grążeli. Do tego zacięta jest na lekki sprzęt, do którego mam zaufanie i wiem, że wytrzyma hol w trudnych warunkach. Hol trwa około 10 minut. Ryba nie odpuszcza, ale w końcu musiała wpłynąć do podbieraka. Wyciągamy karpia na brzeg. Fotka i ryba bez ważenia wraca do wody!


Kolejna tegoroczna zasiadka została zakończona bez "0" na koncie. Kolejne cenne doświadczenie zebrane, kolejne ryby przechytrzone - to jest po prostu piękne!

Kamil Skwara


http://www.markomserwis.sklepna5.pl/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz