Nasze konkursy wspiera:

23 czerwca 2018

Próba sił nad PZW

Jak na razie w tym roku karpie chyba mnie unikają. Czym to jest spowodowane - tego nie wiem. Pasuje jednak wziąć się w garść i przełamać tą złą passę. Końcem maja (22-24.05) postanowiłem wybrać się wraz ze swoją dziewczyną nad jedną z dzikich wód na Podkarpaciu. Zasiadka poprzedzona była wcześniejszym nęceniem i szybkim rekonesansem... Miałem nadzieję, że uda mi się złowić drugiego w tym roku karpia, a w dodatku na dzikiej wodzie, co przyniesie mi jeszcze więcej radości...



Wtorkowym wieczorem pojawiamy się nad wodą. Od miejsca, w którym zostawiamy auto do naszego łowiska jest jakieś 150 metrów, więc chwilkę zajmuje nam znoszenie całego majdanu. Dodatkowo przy przenoszeniu sprzętu na miejsce naszego "zakwaterowania" zauważam dziwną sytuację. Mianowicie na miejsce, w które cały czas przenoszę sprzęt przyszło trzech wędkarzy. Na pewno widzieli, że mój sprzęt leży już na owym miejscu, bo omijali go. Usłyszałem od nich tylko "nas jest trzech, a we czterech się tutaj nie zamieścimy" co miało być chyba znakiem, żebym opuścił zajęte już wcześniej przez siebie stanowisko... Nie chciałem robić sobie problemów wśród ludzi z okolicy, której nie znam... Zdenerwowany idę na stanowisko umiejscowione jakieś 40 metrów wcześniej. Jest to głębokie miejsce, ze średnią głębokością 10-12 metrów. Po zniesieniu sprzętu z auta głównym zadaniem było, więc odnalezienie najpłytszego miejsca w obrębie mojego stanowiska.


Dzięki zastosowaniu echosondy Deeper, którą przymocowałem mocnym węzłem do jednego z moich zestawów udaje mi się znaleźć interesujące mnie miejsce. Rozpoczynamy, więc przygotowanie zestawów. Na jedną z wędek trafia kukurydza podpięta gumową imitacją. Na drugim zestawie postanowiłem użyć kulek, które sam zrobiłem w domu. Zestawy zanęciłem kulkami, pelletem i kukurydzą. Trafiły w moim zdaniem odpowiednie miejsca (jeden na płytszej, drugi na głębszej wodzie). Pozostaje poczekać, a jeśli wybrane miejsca nie przyniosą ryby to pomyślimy nad ich zmianą. Nowemu łowisku trzeba poświęcić trochę cierpliwości i wyczekać tego cudownego "piiii-piiii" dobiegającego z centralki!



Podczas zasiadki mogłem użyć nowinek sprzętowych firmy York, jakie zostały wprowadzone na rok 2018. Na zdjęciu przedstawiam nowy model kręciołka dla karpiarzy – Blackfish FR 9000.


W nocy dało się usłyszeć kilka pięknych spławów, na pewno niemałych ryb. To dobry znak, są w naszej okolicy! Trzeba tylko wymyślić coś, żeby skusić je do brania... W nocy z centralki dobiegło kilka krótkich "pików", ale nic większego nie zainteresowało się podanymi przez nas przynętami.

Około 9:20 mamy pierwsze branie, do którego warto było wybiec. Coś niepewnie "bawiło" się zestawem z kukurydzą. Ryba nie chciała "odjechać" jak to zazwyczaj ma się w przypadku karpia. Cały czas jednak dawała oznaki, że jest i prawdopodobnie trzyma w pyszczku haczyk. Postanawiam podnieść wędkę z podpórek. Zacinam. Wędkę oddaję dziewczynie. Ryba nie ma zbyt dużych szans na zestawie przeznaczonym dla karpia. Po chwili przy brzegu pokazuje nam się przyzwoitej wielkości płoć. Rybka od razu zostaję podebrana. Płoć znajduje się na macie, a my wykonujemy jej kilka zdjęć. Bez zbędnego ważenia i mierzenia rybka szybko wraca do wody, po czym odpływa w otchłań dzikiej wody...


W godzinach przedpołudniowych decyduję się na zmianę przynęt na świeże. Zmieniam też miejsce położenia zestawu, który do tej pory znajdował się na głębokiej wodzie, ponieważ nie udało się zanotować nawet najdrobniejszego podciągnięcia, a ryby najwyraźniej unikały głębszej wody.


Przedpołudnie przywitało nas piękną, słoneczną pogodą. Było wręcz gorąco! Wzdłuż "naszego" brzegu co jakiś czas rozlegał się chlupot spowodowany atakiem bolenia. Grupujące się w ławice małe rybki były atakowane również przez okonie. Dookoła rozlegał się śpiew ptaków, świst delikatnie wiejącego wiatru... Brakowało już tylko dźwięku dobiegającego z centralki!


Po południu nad naszymi głowami zawitały ciemne chmury, zaczęło padać, bardzo mocno padać. Gruby, gęsty deszcz lał się z nieba. Opady trwały około 30 minut i narobiły sporo bałaganu - błoto pryskało na znajdujące się w namiocie torby, namiot też nie wyglądał najpiękniej. Brzeg, na którym znajdowaliśmy stał się błostnisty i bardzo śliski. Na szczęście deszcz ustał i powoli zaczęło się przejaśniać.


Następuje przerzucenie zestawów, nad którym czuwa moja dziewczyna. Wieczorem zmieniamy przynęty na świeże i przygotowujemy miejsca, w których zostają położone zestawy. W ich okolice do wody wpadła spora dawka kukurydzy oraz około kilogram śmierdzących kulek na zestaw. Łowisko zostało dobrze przygotowane, więc może w końcu wpłynie tam coś większego!


Nadchodzi noc, początkowo cicha i spokojna jak poprzednia. Przed godziną 23 coś skusiło się na kulki o zapachu makreli, które sam przygotowuję w domu. Niestety był to tylko... kot kręcący się wokół namiotu. W wodzie nadal panowała cisza. Przed pójściem spać udało się jednak usłyszeć kilka pięknych i głośnych spławów - z pewnością większych ryb. Czemu nie biorą? Coś robimy źle?


Około godziny 4 z namiotu wyciąga mnie odjazd! W końcu! Mija około 15 sekund zanim udaje mi się wyjść z namiotu (zmęczenie wykonywaną pracą i codziennym spaniem po 4-5 godzin...). Zacinam rybę, a ta nie odpuszcza, hamulec pracuje. Ryba niestety "parkuje" w zaczepie, którym jak się później okazało był powalony do wody konar. Dodatkowo przez moją głupotę, jaką było użycie rodzaju haka, który już dawno miał wylecieć z mojego ekwipunku ryba gubi zestaw, mimo że po chwili udaje się wyciągnąć go z zaczepu. Ryba niestety ucieka... Szkoda, moja pierwsza większa ryba z wody PZW... Na przyszłość mam jednak nauczkę: nie zwlekać z wymianą czegoś, co nie działa jak powinno... Owe haki prawdopodobnie poprzez swój kształt przy mocniejszym naprężeniu linki rozcinają rybie wargę, a tym samym nawet przez drobny zaczep można stracić zdobycz. Wielka szkoda, ale mam nauczkę, z której trzeba wyciągać odpowiednie wnioski.


Po nieudanym holu postanawiamy zmienić przynęty na świeże i ponownie zanęcić. Mam nadzieję, że uda się jeszcze sprowokować jakiegoś "tłuściocha" do brania, chociaż wiem, że czym bliżej godzin południowych tym szansa na to zmniejsza się - jednak nadzieję warto mieć! Jeden z zestawów zasiliła śmierdząca kulka, podwieszona pop'upem. Drugi składał się z dwóch ziarenek gotowanej kukurydzy i jednego sztucznego. Całość dodatkowo zalana została kukurydzianym Focus Gel od Nano Baits. Obszar wokół zestawów zanęciliśmy kukurydzą oraz kulkami.


Dzień mija bardzo szybko. Doczekaliśmy się jedynie kilku delikatnych podciągnięć zestawów. Pogoda była strasznie kapryśna - mimo, że świeciło słońce to padał delikatny deszcz, czasami przybierał na sile. Dał się również odczuć wiatr. Przez dwie doby, jakie byliśmy nad PZW woda spadła o 7 cm. Na sam koniec zasiadki postanowiłem przeszkolić dziewczynę z techniki dobrego, dalekiego rzucania. Szczerze mówiąc po kilkunastu próbach zaczęło jej to wychodzić na prawdę świetnie - z czego jestem dumny!

Po wyprawie zostaje delikatny niedosyt - po drugiej nocy zasiadki w końcu coś "odjechało", nie wiadomo jednak, co to było i czy była to wielka ryba, czy może mały, ale za to rozpędzony karpik? Co by było gdybym nęcił w tym miejscu przed zasiadką? Może rezultaty byłyby zupełnie inne? Przez wakacje planuję spędzić w tym miejscu co najmniej dwie dwudobowe zasiadki - mam nadzieje, że przyniosą dobre wyniki!

Dziękuję bardzo mojej kochanej dziewczynie za wykonanie pięknych zdjęć, które znajdują się w tym artykule!




Kamil Skwara

1 komentarz:

  1. Kiepskie miejsce na łowienie w maju. O tej porze żeby mieć szanse złowić karpia na Sieniawie trzeba raczej kierować się przy dopływie wisłoka, gdzie głębokość jest odpowiednia na tą porę roku. To miejsce w którym łowiłeś jest dobre do łowienie we wrześniu lub w październiku. Sieniawa jest bardzo trudnym zbiornikiem, natomiast przy odpowiednim doborze miejsca i trafieniu w brania można połowić.

    OdpowiedzUsuń